Zaloguj



Licznik odwiedzin

DziśDziś240
WczorajWczoraj811
RazemRazem1784530
Wspomienia, pamiętniki
Wpisany przez Redakcja   

 

Od pewnego czasu jestem coraz bardziej zafascynowana wspomnieniami. Staram się dotrzeć do różnego rodzaju pamiętników. Mam z tym pewne problemy. Część tych publikacji nie jest w żaden sposób reklamowana, promowana, o niektórych nie ma nawet najmniejszej wzmianki w internecie. A szkoda, pamiętniki są dla mnie oknem wiodącym do "innej rzeczywistości', do historii, źródłem nieocenionej wiedzy. Postaram się podzielić informacjami, spostrzeżeniami i opiniami o tych wspomnieniach do których dotarłam.
W jednym ze stoisk na solińskiej tamie (pierwsze od drogi, po przeciwległej stronie jest "wóz-kiosk" Jaśka Joniaka zobaczyłam niepozorną książeczkę. Nie miałam jej w swych zbiorach więc poprosiłam Pana sprzedającego pamiątki aby mi ją pokazał. Wywiązała się dziwna rozmowa, tę książeczkę dostałam w prezencie. Prawie od razu zabrałam się do czytania "Wojennych losów chłopca znad Sanu" Michała Ducia. I wspomnienia wciągnęły mnie do tego stopnia, że przeczytałam je tego samego wieczoru. Chciałam się czegoś dowiedzieć o Autorze, o tej publikacji. Niestety, nie udało mi się znaleźć nic na Jego temat. Tę książeczkę można dostać tylko w jednym znanym mi miejscu, na solińskiej tamie. Warto ją nabyć, kosztuje niewiele, około 16 zł.
Michał Duć przeżył jak wiele dzieci urodzonych przed 1939 r. koszmar. Jego losy były tragiczne, pełne przemocy i okrucieństwa. Urodził się w Bartkówce na Pogórzu Dynowskim, los rzucił Jego rodzinę na Wołyń, a następnie do Niemiec. Jako dziecko był świadkiem koszmaru, który zorganizowali Ukraińcy mieszkającym tu Polakom, cudem udało im się uciec. Potem przeżył następne tragiczne chwile, część Jego rodziny została skierowana do pracy przymusowej w gospodarstwie rolnym w Niemczech. Jako małemu dziecku nie przysługiwały Mu racje żywnościowe, przeżył tylko dlatego, że Jego Matka I Siostra dzieliły się z Nim jedzeniem. W czasie walk został bardzo poważnie ranny, stracił ręce. Mimo bardzo poważnego kalectwa, zdołał wykształcić się, został kreślarzem w sanockim Autosanie. Autor opowiada ze swadą swoje dzieje, mówi językiem bardzo prostym, trochę naiwnym co moim zdaniem podkreśla tragizm opowieści. Mi najbardziej podoba zmysł obserwacyjny Autora, kilkoma zdaniami potrafi narysować tło historyczne, oddać klimat panujący wokół. Dzięki temu z tej książeczki dowiedziałam się o konflikcie ukraińsko-polskim bardzo dużo. Czym innym jest bowiem czytanie suchych danych,a zupełnie czymś innym zapoznanie się z relacjami naocznych świadków. Równie ciekawe informacje można uzyskać o okresie powojennym. Autor m.in pracował ze Zdzisławem Beksińskim. Mnie zastanowiła opowieść pana Ducia o działalności Fundacji "Polsko-Niemieckie Pojednanie", około 60 % funduszy zostało "przejedzone" prze owa fundacje, dla poszkodowanych pozostały grosze, a część nawet nie dostała odszkodowania za niewolniczą pracę.

 

Tytuł: "Wojenne losy chłopca znad Sanu"
Autor: Michał Duć
Wydanie: I
Storn: 80
ISBN: 978-83-61312-99-4
Druk: Bonus
Rzeszów 2010

 

"Żyliśmy z nimi bardzo dobrze prawie trzy lata, aż do czterdziestego drugiego roku - kiedy zaczęły się tworzyć bandy. To znaczy, najpierw dookoła były posterunki policji ukraińskiej. To byli ci, którzy zgłosili się na ochotnika, żeby służyć Niemcom. Z początku mordowali Żydów... Często robili sobie z tego drwiny. Słyszałem jak ludzie między sobą opowiadali. Na przykład, przyszedł Ukrainiec i chwalił się, jak to zjawił się u niego Żyd i zaoferował mu zegarki oraz jakieś tam złoto, żeby go tylko przechował, aby go Niemcy nie znaleźli. Ukrainiec relacjonował, co on na to j...twoju mat, Żydowi powiedział. A powiedział mu tak Ja cię schowam tak, że cie nikt nie znajdzie. No i wziął broń, zastrzelił Żyda, zakopał i zapewnił Teraz już nikt cię nie znajdzie Takie miał makabryczne poczucie humoru. I w pewnym momencie ludzie zaczęli mówić tak: Teraz mordują Żydów, Żydzi skończą się, żeby za Polaków nie wzięli się... No i wkrótce słowa okazały się prorocze. Słyszało się, ze tam kogoś zamordowali, to znowu gdzie indziej. a później już nocą, pojawiały się łuny na niebie. Paliły się polskie domy, polskie wioski, kolonie, na których osiedlano Polaków... Doszła kiedyś taka wiadomość, że zjechali do jednej miejscowości, Pobiedno się nazywała i nie dość, że mordowali, palili, to jeszcze ludzi łapali i do ognia wrzucali. Takie wstrząsające wiadomości docierały do nas coraz częściej.Ci co grasowali w naszej okolicy, to nie nazywali się "banderowcy", tylko "bulbowcy". Bo szef tej całej ukraińskiej bandy, to był Taras Bulba.
Nadal dobrze żyliśmy z okolicznymi Ukraińcami, nic złego nas z ich strony nie spotkało, ale zaczął narastać jakiś strach, było czuć takie napięcie. Zaczęło się od tego, ze jeśli ktoś, jakiś Polak, miał z Ukraińcem niesnaski, jakieś nieporozumienie kiedyś tam - to jechali i mordowali go, w nocy. W dzień, nie. No i później ostrzegali, że takie rodzinie, w którejś kogoś zamordowano, nie wolno pomagać, a nawet zbliżać się do niej.

"Naprzeciw nas mieszkał niejaki Ramel. To był Poleszuk, czyli Polak od lat osiadły na tamtych terenach. Był to człowiek światły, zamożny, bardzo dobry gospodarz. Hodował piękne, wspaniałe konie. One chodziły swobodnie, a jeśli weszły komuś w szkodę, to przychodził do ludzi i płacił, żeby nikt nie miał krzywdy. Zresztą Ukraińcy, jeśli ich bydło zrobiło jakieś szkody, też przychodzili, żeby jakoś sprawę polubownie załatwić. Naprawiali szkody albo przynajmniej deklarowali taką chęć, gdyż myśmy tam specjalnie nie mieli pretensji. Bo jak ktoś uczciwie podchodził do sprawy, to i człowiek mu się tym samym odwdzięcza. Wracając do tego Ramla. Dookoła działo się już niedobrze: tu spalili, tam spalili. A my tu w środku, jeszcze spokojnie. Ale coś się do nas zbliżało. Naraz, jednej nocy, Ukraińcy wpadli do Ramlów. Było ich w domu czworo: Ramlowa, Ramel, ich syn i synowa. Bo Olek, syn Ramla, jedynak, dopiero co ożenił się. złapali Olka. Przywiązali go do słupa telegraficznego, co był przy drodze. I ten słup, razem z nim, piłą rżnęli. W takich mękach chłopak konał. Starego Ramla ukrzyżowali, przybijając do desek w stodole. Zrabowali co mogli - bo to była zamożna rodzina - i odjechali pod osłoną nocy, tak jak zjawili się.
Następnego dnia przyszła do nas Ramlowa, prosić aby brat wziął kolegę i pomógł jej pogrzebać męża i syna oraz ukryć pozostałe rzeczy, których nie zdążyli zrabować. Oni tam poszli, a oni myśmy obserwowali z okna. Było dobrze widać, bo to równina.Mama zerkała co chwilę. Naraz od Stydnina jedzie kilka furmanek. Jadą bandziory ze śpiewem, z harmoszką. Zajeżdżają na podwórko Ramlów. No i teraz będzie tragedia - obawiamy się. Jak złapią mojego brata Władka i jego kolegę - Sochackiego- a wiedzą przecież, że to nie domownicy - zamordują. A jak ich, to przyjdą po nas... Mama uklękła, wzięła nas dzieci, kazał nam też kleknąci zaczęła odmawiać "Pod Twoją opiekę". Modlimy się żarliwie i patrzymy co dzieje się. A tu odsuwają się "kiczki" na dachu od stodoły - takie wiązki słomy, z których było zrobione poszycie - brat wychodzi spomiędzy nich. A za nim Sochacki. Skaczą i uciekają. Ubiegli kawałek, ale któryś z bandziorów się zorientował. Ruszyli w pościg. Strzelają. Nagle pada brat. Nie wiemy czy trafiony, czy co? A jemu było źle uciekać, bo miał niewygodne buty i chciał szybko je zrzucić. Patrzymy się - zerwał i biegnie dalej. Pogonili ich jeszcze trochę, ale bezskutecznie, więc wracają. Widzimy jak Ukraińcy podchodzą do tego pastucha. Nie wiemy, o co pytają, ale możemy domyślać się. Jeśli ten Ukrainiec powiedział, że to był od nas Włodek - i Sochackiego mógł rozpoznać - to przyjdą nas zamordować, przepadło... I teraz: ani uciekać, bo jak ruch zrobi się, to zauważa i sprowokujemy ich "wizytę", ani nie ma gdzie schować się... Czekamy na rozwój wydarzeń. Ale oni odeszli od pastucha i poszli z powrotem do zabudowań Ramla. Przez dłuższy czas nic nie dzieje się. Naraz wychodzi dwóch z karabinem. Idą prosto do nas. Matko Boska! Idą nas zamordować! Zdrętwieliśmy."

 

Fot. Małgorzata Różowicz San

 



Historycy.org - historia to nasza pasja

 

Chyba każdy z nas musi dojrzeć do własnego odkrywania prawdy. Nie wiem czy jestem już na tym etapie aby dać wciągnąć się w tamten świat. Na razie szukam informacji, dla mnie sprawa żołnierzy wyklętych jest tylko ogniwem w dziejach Bieszczadów.
Po raz pierwszy na ten temat rozmawiałam z Leszkiem Żubrydem, Kolegą przewodnikiem (zbieżność nazwisk jak się później okazało przypadkowa). To on polecił mi wspomnienia por. Mieczysława Kocyłowskiego "Czarnego" "Byłem zastępcą Żubryda" wydane w 1999 r. Sięgnęłam do książki, która była pierwszą próba odmitologizowania postaci Antoniego Żubryda i jego oddziału i przeżyłam szok. Nie znałam dziejów własnego regionu. Ta krótka historia Samodzielnego Batalionu Operacyjnego NSZ otworzyła mi oczy na inną powojenną rzeczywistość. Do tej pory byłam faszerowana tendencyjnymi publikacjami opartymi na materiałach stworzonych przez aparat bezpieczeństwa. Najbardziej wstrząsnęły mną informacje o publicznie wykonywanych wyrokach śmierci na partyzantach: Władysławie Skrawcu, Władysławie Kudliku na sanockim rynku dokonanych 24 maja 1946 r. Kilka dni później w ten sam sposób stracono przez powieszenie ciężko rannego chor. Henryka Książka.
Mieczysław Kocyłowski całym swoim życiem świadczył o jednym: największą wartością jest Ojczyzna. Mimo aresztowania przez UB, bardzo brutalnych wielomiesięcznych przesłuchań, kilku lat więzienia, późniejszych prześladowaniach przez UB i SB, niemożliwości znalezienia godziwej pracy do swojej śmierci zachował ideały, które zaprowadziły go najpierw do oddziału "Błyska", a potem Żubryda. Moim zdaniem warto sięgnąć po te wspomnienia. To jest relacja spisana nie tylko przez Zastępcę Oddziału, ale także przez Kolegę Żubryda. Jest ona bardzo subiektywna, Autor bez wątpienia był bardzo oddany swojemu Dowódcy, zafascynowany Jego osobowością. wspomnienia są wzbogacone o wkładkę z czarno-białymi fotografiami - portretami głównych Postaci i fotokopiami materiałów archiwalnych.

 

Tytuł: "Bylem zastępca Żubryda"
Autor: Por. Mieczysław Kocyłowski
Wstęp i opracowanie: Andrzej Romaniak
Wydanie: I
Stron: 131
ISBN: 83-907352-8-8
Wydawnictwo: Muzeum Historyczne w Sanoku
Sanok 1999

 

"Byłem zastępcą Żubryda..." por. Mieczysława Kocyłowskiego "Czanego" to zanotowana i opracowana przez naszego historyka regionalistę (być może i naszego Kolegę z Forum, na pewno czyta wątki o Żubrydzie) Andrzeja Romaniaka opowieść. Nie jest ona podzielona na rozdziały, trudno mi więc wybrać jakiś interesujący, a zarazem reprezentatywny dla całości fragment. Posłużyłam się starą i wypróbowaną metodą, kocia łapka w zabawie otworzyła książkę na stronie 119.Jest to fragment wspomnień dotyczący pobytu w areszcie śledczym w Rzeszowie. Autor buntuje się, chce dowiedzieć się co dzieje się z Jego Rodziną, poddawany jest torturom.
" Chwilę później byłem rozebrany do naga i wtrącony do pomieszczenia, które już opisałem. Przed zamknięciem drzwi, polano mnie zimną wodą włączono wentylator i powiedziano:
- Te zabieg rozwiązuje najtwardszym języki i doprowadza do równowagi umysłu.
W "gabinecie" przestałem do rana następnego dnia. Prawdę mówiąc to w tych piwnicach trudno było rozpoznać kiedy był dzień, a kiedy noc, bo okiem nie było, ale dzień rozpoznawaliśmy po tym, że był większy ruch na zewnątrz.
Po wypuszczeniu mnie z "gabinetu zabiegowego", kazano mi się ubrać i zaprowadzono do celi, ale już nie do tej w której siedziałem dotychczas, ale w drugi koniec korytarza. W korytarzu tym spotkałem swego Ojca, którego przeprowadzano z piętra do piwnicy. O jakiejkolwiek rozmowie nie było mowy, tyle, że kiwnęliśmy sobie głowami.
W celi do której mnie wprowadzono, zastałem Jasia Gomułkę, który siedział sam *. Tak, tak, bratanka "Wiesława", tego komunisty. Podczas rozmowy z nim, dowiedziałem się, że dostał tzw. "czapę" (karę śmierci) za mokrą robotę na sowieckich żołnierzach, którzy z bronią w ręku rabowali Polaków.
Po upływie kilku godzin, ponownie wezwano mnie na przesłuchanie. W drzwiach przywitał mnie wczorajszy śledczy:
- No jak czujemy się po zabiegu? Poprawiło się?
- Samopoczucie bez zmian, ale widziałem z odległości metra mojego ojca.
- Poważnie?
- Bez cienia wątpliwości i wobec tego proszę obywatela porucznika, aby powiedział mi za co aresztowaliście moją rodzinę i co się stało z moją siostrą?
- Wasza rodzina nie została aresztowana, a zatrzymana w charakterze zakładników. jeśli wasz brat, odda się dobrowolnie w ręce, to rodzina zostanie zwolniona.

"- A co do waszej siostry, to nie zastaliśmy jej w domu, ani też w szkole.
_ Jak widzę to obraliście dobrą taktykę, nic nie różniącą się od hitlerowskiej. Po mojej ucieczce z Mińska na Białorusi w 1943 r., sanoccy gestapowcy, przyjechali do mego domu i grozili mojej Matuli, że spalą dom jeśli nie wyjdę z ukrycia. Matula zaczęła płakać i prosić aby nie palili domu. Pokazał im też ostatni list pisany przeze mnie z Mińska. Jeden z "gestapowców" umiejący mówić po polsku, po przeczytaniu listu powiedział, że nie spalą domu, ale zamian za to Matula musi im dać znać, jak tylko zjawię się w domu. Ja w tym czasie siedziałem w odległości kilkudziesięciu metrów od domu. Proszę sobie porównać ich metody i wasze. Oni nie doczekali się na donos od mojej Mamy , a wy nie doczekacie się, aby mój brat dobrowolnie oddał się w wasze ręce, chyba, że go złapiecie.
- Jeśli nie zgłosi się, to oni dalej będą siedzieć - powiedział "ubowiec".
Na tym rozmowę zakończyliśmy, a rozpoczęło się przesłuchanie, ale już bez bicia.

(Tu chciałem dodać, ze razem z moją rodziną siedziała również teściowa Żubryda - Pani Praczyńska z synem Żubrydów - czteroletnim Januszkiem).
Przez dłuższy okres byłem doprowadzany na przesłuchania z których często nie sporządzano protokołów. Czasami odnosiłem wrażenie, że niektórzy z "ubowców" chcą widzieć jak faktycznie wyglądam. Stworzono wokół mnie mit niebezpiecznego wroga komunizmu (faktycznie nim byłem). Innym razem wydawało mi się, że jestem nienormalnym człowiekiem i "ubowcy" oglądają mnie z ogromną ciekawością, a rozmowa ze mną sprawia im ogromną satysfakcję, że mają mnie u siebie bezbronnego i mogą ze mnie drwić. Niektórzy z nich straszyli mnie karą śmierci (czego spodziewałem się), a inni dla odmiany pocieszali mnie, że może nie będzie tak źle. Jeszcze inni znęcali się nade mną, jeden z nich Bizoń, oficjalnie mówił mi, że z przyjemnością założy mi pętlę na szyję i poderwie stołek, na którym będę stał. Ja natomiast bez przerwy myślałem o tym jakby się stad wydostać. prosząc Pana Boga i Matkę Boską o pomoc w zrealizowaniu moich marzeń".
* "Jan Gomułka - ur. 12.08.1922 r. aresztowany 11.03.1946 r. za "posiadanie broni i przynależność do bandy NSZ wyrokiem WSR w Rzeszowie skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 11.07.1946 r. na zamku w Rzeszowie."

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 


 

Jeszcze raz sięgnę do dokumentu tamtych czasów. Wspomnienia Jana Łożańskiego ''W więzieniach PRL" to wstrząsająca relacja opisująca koszmar okresu powojennego. Kim był Autor? Bardzo barwną postacią, pogodny, uśmiechnięty, wyniszczony chorobami. Jako dzieciak miałam okazję z Nim nawet porozmawiać. Był gościem honorowym organizowanego cyklicznie przez brzozowski PTTK rajdu "Szlakiem kurierów Beskidzkich". Urodził się w Zarszynie w 1912 r, był oficerem ZWZ-AK, kurierem beskidzkim. W 1939 r. został wyznaczony kurierem placówki wojskowej w Budapeszcie. Wielokrotnie przekraczał granicę węgierską w Tatrach, potem wykorzystywał 45 razy trasę "Jaga" wiodącą przez Beskid Niski. Był dwukrotnie aresztowany przez gestapo, dwukrotnie uciekł, czterokrotnie przez Węgrów, w marcu 1945 r. w Budapeszcie został uwięziony na miesiąc czasu przez sowiecki kontrwywiad. W tym okresie ginęli jego najbliżsi i współpracownicy mordowani przez gestapo. Po wojnie obsługiwał trasę Wiedeń-Polska-Wiedeń. Nawiązał na polecenie sztabu II Korpusu w Anconie (Włochy) kontakt z działającą w naszym kraju organizacją "Racławice". Przeprowadzał przez "zieloną granicę" rodziny oficerów.
Został aresztowany w Cieszynie przez krakowski Urząd Bezpieczeństwa, poddano go wyrafinowanym torturom w katowni w mokotowskim X Pawilonie. !8 marca 1948 roku skazano go na 15 lat więzienia. Wyrok odbywał we Wronkach. 4 sierpnia 1956 r objęła go amnestia. Wspomnienia te czytałam kilka lat temu. Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. To sucha, męska relacja. Warto po nią sięgnąć.

Spis treści:
I. Rok 1945 r. w Budapeszcie.
II. Znów na kurierskich szlakach
III. Aresztowanie i śledztwo
IV. Po wyroku
V. Więzienie we Wronkach
VI. Nadzieja
VII. Upragniona wolność
VIII. Epilog
Posłowie
Spis treści


Tytuł: "W więzieniach PRL Powojenne wspomnienia kuriera z Sanoka"
Autor: Jan Łożański
Do druku przygotowali: Krystyna Chowaniec i Kazimierz Michańczyk
Wydanie: I
Stron: 89
ISBN: 83-900130-0-2
Wydawnictwo: Muzeum Regionalne PTTK im. Adama Fastnachta w Brzozowie i Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich - Instytut Pamięci Narodowej w Rzeszowie
Brzozów-Rzeszów 1991

 

Rozdział III. "Aresztowanie i śledztwo"
"Ponieważ w ciągu 24 godzin nie wyraziłem zgody na współpracę z pułkownikiem Różańskim, następnego dnia około godziny 14 kazano mi się z tej celi zabrać i zawieziono mnie na ulicę Rakowiecką do X Pawilonu więzienia, które już posiadało swoją "sławę". Kiedy mnie tam wprowadzono, wiedziałem co mnie czeka. ...
Kiedy kilkakrotnie odmówiłem podania kontaktów, asystujący przy przesłuchaniach drab zaszedł mnie od tyłu i znienacka uderzył w twarz tak mocno, że aż spadłem z taboretu. Kiedy się podniosłem, on znowu się zamachnął, ale zrobiłem typowy bokserski unik. Rozwścieczyło go to. Kazał mi stanąć twarzą do ściany i bardzo mocno uderzył w tył głowy. Padając na ścianę rozbiłem sobie nos tak, że polała się krew. Poczułem się jak na ringu.
Później kazano mi przez długi czas robić przysiady. Gdy i to mnie nie złamało, kazano mi chodzić, unosząc wysoko kolana do góry. Było to niby proste, ale po tysiącu takich "ćwiczeń" nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Chwiałem i przewracałem. Wiele następnych dni było podobnych. Niejednokrotnie na przesłuchania zabierano mnie także nocą. Oprócz bicia stosowano także bardziej wymyślne tortury. Kazano mi wielokrotnie stać 24 godziny przy otwartym oknie nago, a przecież była zima i panował silny mróz.
Często "zapraszano" na tak zwanego konia Andersa. Wówczas z kpinami szydzono, że generał Anders przysłał mi konia. Polegało to na siadaniu na nodze odwróconego taboretu. Jednocześnie ręce należało trzymać wyciągnięte przed siebie. Podczas tej tortury odczuwałem niesamowity ból. Mój organizm choć młody, silny i wysportowany, czasami nie wytrzymywał. Wówczas traciłem przytomność. Dopiero chluśnięcie wodą w twarz przywracało mi ją. Nawet moi oprawcy doceniali moją odporność mówiąc, że trafiła im się oporna sztuka. ..."

 

Fot.  Małgorzata Różowicz

 


 

Przede mną leży niepozorna książeczka będąca świadectwem swego czasu. "Listy z więzienia Mieczysława Prystasza z lat 1945-1954" zredagowane przez Andrzeja Romaniaka, a wydane przez Muzeum Historyczne w Sanoku w 2000 r. są specyficzną i trudną lekturą. Tak o tym pisze sanocki historyk we "Wprowadzeniu" : "Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to materiał mało interesujący tym bardziej, że wszystkie listy przechodziły przez ścisłą więzienną cenzurę, lecz po dokładnym ich przeczytaniu wyłania nam się obraz życia w komunistycznych więzieniach tamtego okresu i wielki dramat ludzi w nich zamkniętych. Widzimy całą zbrodniczość systemu w którym człowiek traktowany był jak rzecz. Najlepszym przykładem jest autor listów, wielokrotnie przewożony z więzienia do więzienia bez jakiegokolwiek powodu i psychiczne tortury jego najbliższej rodziny, która nie widziała gdzie on się w danej chwili znajduje."
Moją uwagę zwróciło jeszcze jedno. Andrzej Romaniak jest spokrewniony z Mieczysławem Przystraszem, autor listów był kimś bardzo ważnym w jego życiu. Tę książeczkę odebrałam jako swoisty hołd złożony więzom krwi i przyjaźni. Jeszcze jedna sprawa zwróciła moją uwagę. Sądzę, że ona obrazuje koszmar tamtych lat. Mieczysław Przystasz nie był wrogiem systemu, żołnierzem wyklętym, lecz człowiekiem, który chciał znaleźć sobie miejsce w owym systemie. Miał w sumie przeciętne życie, takich ludzi jak on było setki tysięcy. Był zaangażowany w działalność konspiracyjną, brał udział w Powstaniu Warszawskim, ukrywał się po jego upadku, w marcu 1945 r. zgłosił się do Ministerstwa Administracji Publicznej. Został skierowany do Olsztyna, był tam kierownikiem Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Pełnomocnika Rządu, założył spółdzielnie wydawniczą "zagon". Został zaaresztowany 17 października 1945 r., oskarżono go o działalność na szkodę polskich i radzieckich sił zbrojnych, skazano go na 10 lat więzienia. Mnie zaszokowała ta łatwość wpadnięcia w koszmar, zwyczajność jakże kontrastująca z koszmarem, codzienność.

Spis treści
Wprowadzenie
Wstęp
Listy Mieczysława Przystrasza

 

Tytuł: "Listy z więzienia Mieczysława Przystasza z lat 1945-1954"
Redakcja: Andrzej Romaniak
Wydanie: I
Stron: 79
ISBN: 83-913281-0-4
Wydawnictwo: Muzeum Historyczne w Sanoku
Sanok 2000

 

"Listy Mieczysława Przystasza str. 14
"List nr 1 z dnia 12.IV. 1947 r. ze szpitala więziennego w Warszawie napisany na wąskim skrawku papieru, atramentem i skierowany do siostry poprzez prokuratora Rejonowego Sądu Wojskowego w Warszawie. List został wysłany po wielu staraniach i prośbach siostry, był bowiem taki okres, że nie wiadomo było, czy Mieczysław żyje.

Kochana Siostrzyczko!

Paczki dwie od czasu rozprawy otrzymałem, w tym jedna świąteczna - serdecznie dziękuję, - w dalszym ciągu jestem chory, lekarze więzienni radzą mi, bym poddał się leczeniu klinicznemu z uwagi na zaatakowanie przewodu pokarmowego, również nerki potrzebują długotrwałego leczenia klinicznego, tak, że dziś prezentuję obraz mizerny, bo serce również grozi mi stale śmiercią. - Nie wiem naprawdę co za przyczyna, że jeszcze mnie trzymają z tym stanem chorobowym, przecież to jest straszna krzywda, wołająca do Nieba, i nie wiem, kiedy ta zabawa ze mną się skończy. Pamiętaj o Rodzicach, jeśli mnie nie starczy, bo ja w obecnym stanie zdrowia zawsze spodziewać się mogę katastrofy, jak też proszę Cię, byś w wypadku mojej śmierci zwróciła się do mych Przyjaciół z Powstania i pochowała mnie wśród kolegów uczestników walki na Starówce - tam było moje miejsce, a Bóg chciał inaczej, chciał bym przeszedł straszną jeszcze epopeję. trudno. - [...]*
Kończę - polecam Ci dalej, - pamiętaj o mnie jak o bracie, który Cię zawsze kocha i o Tobie zawsze myśli oraz o kochanych Rodzicach - brat i syn
Mietek
Mieczysław Przystasz
Wwa 12.IV.1947.

*
Część listu ujęta w nawias kwadratowy nie została przetoczona, by nie naruszać sfery prywatności osób, o których w nim była mowa.

 

Fot. Robert Mosoń

 


 

Przede mną II poprawione i poszerzone wydanie wspomnień Wojomira Wojciechowskiego "Czar Bieszczadów Opowiadania Woja". Pierwsze wydanie wzbudziło spore emocje, opinie o książce były skrajnie różne. Jedni byli zachwyceni opowieściami, inni zaś zwracali uwagę na niedoskonałości warsztatu literackiego Autora, zaś jeszcze inni twierdzili iż są one po prostu nudne. Pierwsze wydanie tylko przeglądałam, dość szybko zniknęło z półek w księgarniach więc nie jestem w stanie porównać go z drugim. Mogę co najwyżej wypowiedzieć się o szacie graficznej książki. To II jest o wiele atrakcyjniejsze, twarda oprawa, dobry papier, z przyjemnością bierze się ją do ręki.
Książkę mam od kilku godzin. Najpierw ją przeglądałam rozdział po rozdziale, teraz jestem w trakcie czytania pierwszych opowieści. Wstępne wrażenia - bardzo ale to bardzo pozytywne. Te wspomnienia są bardzo interesujące, książka powoli wciąga mnie.
Ciąg dalszy nastąpi, mam nadzieję, że uda mi się jeszcze dziś ją przeczytać.

Taki post umieściłam Tu w kilka godzin po przejrzeniu owej książki. Od tego czasu niewiele zmieniło się. Wspomnienia byłego dyr. Bieszczadzkiego Parku Narodowego przeczytałam dwukrotnie. Zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie, dawno nie spotkałam się z tak wartościową książką. Polecam ją wszystkim miłośnikom Bieszczadów, osobom zainteresowanym naszą przyrodą, przewodnicy koniecznie powinni ją przeczytać. Dla naszej braci przewodnickiej to kawał lekcji historii. Powojenne losy regionu przedstawione są w sposób barwny. Woj Wojciechowski był wśród osób kształtujących nasze bieszczadzkie dzieje więc mamy możliwość poznać wiele niezwykle ciekawych szczegółów i szczególików, poznać klimat ówczesnych lat.
Kim jest Wojomir Woj Wojciechowski? Dla mnie Bieszczadnikiem, człowiekiem, który bardzo dobrze zapisał się w dziejach naszego regionu. Od 1958 r., kiedy tu przybył jako młody adept leśnictwa zajmował się gospodarką leśną, organizował od postaw pracę nadleśnictwa Lutowiska, aktywnie zajmował się także ochroną przyrody. Od 1991 r. do 2003 r. był dyrektorem Bieszczadzkiego Parku Narodowego, to w tym czasie nasz park wszedł " na europejskie salony", został uznany za jeden z najcenniejszych obszarów przyrodniczych w Europie. Był współtwórcą Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery "Karpaty Wschodnie", to w czasie Jego dyrektorowania park wszedł w struktury PAN-parksu. To za Jego rządów powstała Zachowawcza Hodowla Konia Huculskiego, została częściowo zrenaturalizowana Dolina Górnego Sanu, powstał Ośrodek Informacyjno-Edukacyjny BdPN w Lutowiskach, a muzeum przyrodnicze w Ustrzykach dolnych zostało przekształcone w Ośrodek Naukowo-Dydaktyczny. Woj Wojciechowski to także kawał historii naszego bieszczadzkiego GOPR i PTTK w Ustrzykach Dol. Niestety, to także myśliwy, który polował m.in na wilki.
Jego wspomnienia to także ciekawe wykładziki o bieszczadzkiej przyrodzie. Jednym słowem to kawał dobrej książki po którą warto sięgnąć.

Wspomnienia zostały wydane przez rzeszowskie wydawnictwo Carpathię.
Moim zdaniem warto sięgać po ich książki, także te wydawane w ramach projektów. Wydawnictwo prowadzone przez Krzysztofa Staszewskiego jest związane z Pro Carpathią. Mam zaszczyt brać udział w prowadzonych przez nich szkoleniach. Jest dobrym zwyczajem Szefa wydawnictwa obdarowywać nas przewodników ciekawymi publikacjami. Dzięki temu mamy ułatwiony dostęp do wiedzy. Także tą drogą chciałabym podziękować za podarunki i za szkolenia.
Dodatkowym walorem "Czarów Bieszczadów Opowiadań Woja" są archiwalne zdjęcia.

 

Spis treści
Od autora słów kilka
Rzecz nie o Bieszczadach
A jednak Bieszczady
Osadnicy
Zwierzyna, koliby i ludzie
Zima
Opowiadania traperskie
Konie i ludzie
Zalew i żagle
Wielkie budowy
Atrakcje filmowe
Sprawy społeczne i trochę polityki
Leśnicy i turyści
Nowe w Wysokich Bieszczadach
Finał

 

Tytuł: "Czar wspomnień Opowiadania Woja"
Autor: Wojomir Wojciechowski
Wydanie II poprawione, poszerzone
Stron: 268
ISBN: 978-83-62076-04-8
Wydawnictwo: Carpathia
Rzeszów 2010

 

"Czar Bieszczadów Opowiadania Woja" rozdział "Wielkie budowy" str. 181-182

"[...] Następne zmiany nastąpiły dopiero w latach 90. Nadleśnictwo w Lutowiskach przekazało niektóre tereny łącznie z np. Brzegami Górnymi i Małą Rawką do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jaki był stosunek pułkownika do terenów chronionych i do innych celów gospodarki oprócz łowieckiej, którą on zarządzał, opowiadał pierwszy dyrektor Bieszczadzkiego parku Narodowego Zbigniew Tym. Został zaproszony na rozmowę do pułkownika i bardzo grzecznie został przyjęty, a cele jasno sprecyzowane.
- My, właściwie, nie mamy nic przeciw sobie! Ja będę zarządzał, proszę pana, fauną, a pan niech sobie rządzi florą - powiedział pułkownik. Czyli, ze do łowiectwa wtrącać się nie można było.
W tym czasie jeździliśmy do Przemyśla i po drodze widzieliśmy budowane długie ogrodzenia i płoty. Ogrodzono łowisko arłamowskie od reszty łowiska, które należało do mojego Koła Łowieckiego "Ryś", które tam gospodarzyło. Płoty były dębowe z siatka i z przegonami dla zwierzyny leśnej. Zwierzęta z zewnątrz mogły wejść do środka, natomiast nie mogły wyjść na zewnątrz. Od Trzciańca zaczynało się wielkie królestwo arłamowskie, o którym tylko legendy do nas dochodziły.
Zaczęto również przebudowywać Wołosate. Nasze tereny w Bieszczadach nie były nigdy grodzone i w zasadzie linia graniczna była dowolna. Zwierzyna zimą przemieszczała się zwykle z wysoko położonych lasów i połonin w dolinę Górnego Sanu. To chyba bardzo bolało pułkownika. Kilkakrotnie, jeżdżąc służbowo samochodem po Otrycie, spotkałem go, jak z dużą ciekawością oglądał ten Otryt. Na pewno to był łakomy kąsek, którego jednak nie zdążył już połknąć. Obawialiśmy się, ze sieć dróg na Otrycie, która w tym czasie już powstała i była dalej rozbudowywana, oraz znaczne zasoby łowiska obok były łakomym kąskiem dla firmy, którą dowodził pułkownik.
Otryt jest szczególnym miejscem dla zwierzyny, zwłaszcza dla jeleni, które tutaj miały swoją ostoję. Zwłaszcza w okresie zimowym następowały tutaj koncentracja zwierzyny. Wtedy doskonale można było oglądać chmary jeleni, które liczyły od 100 do 300 sztuk. Można było je napotkać, jadąc drogami leśnymi. Natomiast na tym terenie, który oddaliśmy, czyli od drogi Dwernik-Nasiczne-Berehy na wschód, gospodarka łowiecka była prowadzona bardzo intensywnie.
Przede wszystkim dokarmiano zwierzynę o każdej porze roku. Nieraz, jadąc drogą, widziałem, jak strażnik łowiecki o nazwisku Słodyczka, który mieszkał w budynku dawnego Nadleśnictwa Dwernik, wiózł wozem
konnym buraki, marchew, kapustę, a jelenie dosłownie czekały na niego. Przyjeżdżał, jelenie rozstępowały się i kroczyły za furmanką. Nie kroczyło pięć tylko 50, 100, 150 zwierząt. Było dosłownie czarno w tym lesie, wszystkie ciągnęły, bo tam na skraju wsi były dokarmiane. Przy wyjeździe na Caryńskie od strony Dwernika zwierzyna była dokarmiana dziesiątkami ton karmy. Chodziło o to, aby ściągnąć tę zwierzynę właśnie z Otrytu czy z innych partii, które nie były dostępne dla ministrialnego łowiska administrowanego przez pułkownika.[...]"

 

Fot. Robert Mosoń Potok Nasiczański

 


 

Pułkownika znam tylko z opowieści ludzi, którzy go bardzo dobrze znali i darzyli wyjątkowym szacunkiem. Godzinami mogę słuchać pani Stefanii Koncewiczowej z Rajskiego. Poznałam go także dzięki tym wyjątkowym wspomnieniom "Na dnie jeziora". Po raz pierwszy sięgnęłam do nich na kursie przewodnickim namówiona przez Kumpla. Dał mi książkę mówiąc: chcesz poznać historię Bieszczadów przeczytaj. Lektura wciągnęła mnie w swój barwny świat. Czytałam jednym tchem opowieść o Bieszczadach, których już nie ma. Z kart książki wyłaniał się bajkowy wręcz świat, mozaika wielokulturowa, wielowyznaniowa, wielonarodościowa. Te wspomnienia to saga zaludniona soczystymi postaciami, bohaterami jakże barwnymi i trochę odrealnionymi. Tu świat jest czarno-biały, dobro jest dobrem, a zło złem, rzadko kontury zacierają się. Integralną częścią tej opowieści jest fascynująca bieszczadzka przyroda. Pułkownik znał ją jak mało kto. Był z zamiłowania myśliwym, poznał Bieszczady od każdej strony, w okolicy każda ścieżyna i w wąwóz były mu znane. Wspomnienia dosłownie ociekają miłością do tej małej ojczyzny. Pisane są jednak przez mężczyznę więc nie ma cukierkowości, egzaltacji. Tym bardziej, że autor żył w czasach trudnych. Był oficerem, partyzantem, dowódcą oddziału samoobrony, tym, który strzegł bezpieczeństwa swojej rodziny, miejscowości, Bieszczadów. Właśnie ta część poświęcona latom okupacji, a potem częściowo konfliktowi polsko-ukraińskiemu (wspomnienia kończą się w 1945 r) winne stać się lekturą obowiązkową wszystkich ludzi usiłujących zrozumieć co zdarzyło się na kresach w owym okresie.

We wrześniu ukazało się II poprawione, na nowo zredagowane z oryginalnego maszynopisu wydanie wspomnień. Zostało ono wzbogacone o mniej więcej 15 % tekstu usuniętego najprawdopodobniej w I wydaniu przez cenzurę. Prace na nowym wydaniem ciągnęły się aż trzy lata. Dzięki starannej redakcji, ładnej szacie graficznej, wzbogaceniu pamiętnika o 39 archiwalnych zdjęć, o szkic szlaku bojowego oddziału Samoobrony porucznika Pawłusiewicza, o fragment mapy WIG z 1938 r okolic Soliny, gdzie rozgrywa się "akcja wspomnień" książka ma szansę aby być ozdobą niejednego księgozbioru. Prywatnie czuję się związana z tą książką Bliskich mojej bliskiej Koleżanki. Rodzina Kuncewiczów jest jednym ze zbiorowych bohaterów tego pamiętnika. Promocja wspomnień odbyła się w Rajskiem u pensjonacie Koncewiczów Rajski Gościniec. Niestety, tak porobiło się, że nie byłam na owej imprezie. Nie mogę tego odżałować. Gdybyście chcieli poznać bliżej Pułkownika to można poprosić panią Stefanię Koncewicz aby opowiedziała o tym co wydarzyło się w tej okolicy po 1945 r. Niestety, Pułkownik nie kontynuował swoich wspomnień. Szkoda, warto wiedzieć chociażby to, że w Rajskiem została stworzona rasa psa gończego polskiego. Są to przewspaniałe, charakterne psy, prawdziwi przyjaciele człowieka.

 

Tytuł: "Na dnie jeziora"
Autor: Józef Pawłusiewicz
Wydanie II poprawione
Stron: 589
ISBN: 978-83-7530-022-2
Wydawnictwo: Ruthenus
Krosno 2009

 

"Na dnie jeziora" Ruthenus str. 150--152
"Ludność stawiła opór
Panowało ogólne niezadowolenie z powodu biedy i narastającego wyzysku, a Ukraińcy byli dodatkowo rozdrażnieni wspomnianymi posunięciami władz. W tej atmosferze władze powiatowe 21 czerwca 1932 r. postanowiły wprowadzić w Brzegach Dolnych bezpłatną pracę przy budowie dróg, zwaną szumnie "świętem pracy". Ludność stawiły opór. 23 czerwca w groźnej manifestacji wzięło udział około trzystu chłopów. Nastąpiły aresztowania co zmobilizowało mieszkańców okolicznych wsi powiatu leskiego, którzy przybyli do Brzegów, żądając uwolnienia aresztowanych i zniesienia przymusowej, bezpłatnej pracy.
W asyście ściągniętych z okolicy oddziałów policji starosta przyrzekł chłopom spełnić ich żądania lecz nie tylko przyrzeczenia nie dotrzymał, ale zarządził roboty na drogach we wsiach Łobozew, Teleśnica Sanna i Oszwarowa, gdzie jednak grunt do oporu był przygotowany. Działali tu Józef Paprocki, syn Wojciecha z Zadziału, Piotr Madej, Stanisław Lenkiewicz, Władysław Nowicki, Mikołaj Małecki, Stanisław Drozd, Antoni Pacławski i Iwan Bunio, zwolennicy i organizatorzy czynnej walki. Gdy władze nie zwolniły aresztowanych, których liczba wzrosła do kilkudziesięciu osób, tłum zaczął wygrażać policji i wezwano wojsko z Przemyśla.
W Łobozewie zebrało się około dwóch tysięcy uzbrojonych chłopów, a w Teleśnicy ponad tysiąc pięćset. Przybyłe wojsko i policja skoncentrowały się w Ustianowej. Napięcie wzrastało z godziny na godzinę, toteż w rejonie Teleśnicy Sannej i Oszwarowej doszło do starcia. Padli pierwsi zabici i ranni,a w okolicy nastąpiły nowe aresztowania. Nie zapobiegło to rozszerzeniu powstania, władze ściągnęły więc nowe posiłki wojskowe, a nawet samoloty ze Lwowa. Równocześnie chłopom z Teleśnicy i Łobozewa przybyła z pomocą ludność dziewiętnastu wsi powiatu leskiego.między innymi z Kalnicy, Strubowisk, Smereka, Tworylnego i Zawoju. Manifestanci, uzbrojeni w siekiery, widły, drągi, a niekiedy w kłusowniczą broń - obcięte karabiny wojskowe przechowywane od wojny - ruszyli ku północy. Powstanie przybrało tak na sile, że do Łobozewa posłano dwie kompanie 2. Pułku Strzelców Podhalańskich z Sanoka oraz pluton łączności z oddziałem policji z Mostów Wielkich, a do Baligrodu i szosą do Cisnej oddziały policjo konnej.
Powstańcy podzieleni na grupy stoczyli z wojskiem o policją cztery regularne bitwy pod Łobozewem, Teleśnicą Oszwarową, Bóbrką oraz Ustianową.
"W Bóbrce grupą powstańców dowodził Józef Paprocki, który skrzywdzony przez tamtejszego dziedzica Jakubowskiego, rozprawił się z nim ostro, wymierzając mu taką karę chłosty, że po kilku dniach dziedzic zmarł w szpitalu.
Pod naporem przeważających sił wojskowych i policyjnych, pod ogniem karabinów maszynowych słabo uzbrojeni chłopi zaczęli się wycofywać w góry. Doszło do zaciętych starć na lesistych szczytach gór nad Sanem. Grupy powstańcze, rozproszone w jednym miejscu , zbierały się gdzie indziej i napadały znienacka. Pod przeważającym naporem powstanie musiało jednak upaść.
Czwartego lipca pacyfikujące oddziały znalazły się na linii wzgórz Wola Michowa-Kołonice-Dołżyca-Kalnica-Zatwarnica-Dwernik, wysyłając na południe silne patrole w celu spacyfikowania Wetliny, Berehów Górnych, Ustrzyk Górnych i Wołosatego. W pięknie położonej miejscowości Nasiczne zebrali się przywódcy wycofujących się grup chłopskich o zadecydowali o zaprzestaniu dalszych walk, które nie miały szans powodzenia. Powstańców rozpuścili do domów, a sami pod osłoną nocy rozeszli się do w upatrzonym kierunku.
W czasie represji, które objęły prawie wszystkie wsie powiatu leskiego, aresztowano kilkaset osób. Zginęło kilka osób, było też wielu rannych. W powstaniu uczestniczyło kilka tysięcy ludzi, trwało ono od 21 czerwca do 9 lipca. Już te dane świadczą o jego sile, rozmiarach i determinacji chłopów polskich i ukraińskich, wśród których była tradycja walki z krzywdą, rozbudowana tęsknota za swobodą, tak bliska sercom ludzi zamieszkujących góry'
* Autor tzw. "powstanie leskie" znał tylko z opowiadań, gdyż w tym czasie przebywał poza Bieszczadami (przyp.red.) "

Ruthenus str. 150
"Na rękę ukraińskim działaczom nacjonalistycznym szła wyjątkowo nieudolna polityka ówczesnych władz polskich. Poczęto siać ferment chociażby taką działalnością, jak chęć restytuowania szlachty zagrodowej na terenie Bieszczadów. w działalności tej z ramienia władz przodował ksiądz Miodyński. Chłop polski, żyjący do tej pory w najlepszej zgodzie z ukraińskim, począł się nad nim wywyższać, nazywając go "chamem", jako że wmówiono mu pochodzenie szlacheckie. Wśród młodzieży na zabawach i weselach dochodziło na tym tle do waśni i bójek."

Pozwolę sobie dorzucić "recenzję" Magdy, prowadzimy razem kącik czytelniczy na forum górskim.


Dziś zaczyna się listopad, więc co by nie było, ulubiony przez Pawłusiewicza miesiąc, bowiem każdej jesieni starał się spędzać urlop wypoczynkowy na wyprawach łowieckich w okolicach rodzinnego Łęgu.
Podsumowując nieco Lucynę - książka jest ujmująca; swoim ciepłem, stylem oraz pewną specyficzną wrażliwością sprawia, że chciałoby się ten listopad spędzić nad Soliną ze strzelbą na ramieniu, breneką w kieszeni i wyżłem albo gończym u uda. Pawłusiewicz posiada cudowną umiejętność opisu, która jest swoista dla każdego z okresów jego życia. Dzieciństwo opisane jest oczyma dziecka - jakże często przecież "zapomina wół jak cielęciem był"; młodość oczyma młodzieńca, który nad trudy szkolne we lwowskiej ławie z chęcią przełożyłby polowania i potańcówki; dorosłość oczyma ojca, żołnierza, patrioty...
Są takie książki, których żal kończyć, bo dotarcie na ostatnią stronę wiąże się z porzuceniem tego świata i jakimś smutkiem przeogromnym za tym co odeszło bezpowrotnie, za ludźmi, miejscami, efemeryczną atmosferą tamtych dni - tak ciepłych, mimo że często tragicznych. Ta książka niewątpliwie do nich należy. Bardzo lubię wspomnienia albo literaturę faktu; jakoś z biegiem lat spadło mi umiłowanie do beletrystyki.
"Na dnie jeziora" wywołuje tęsknotę i pewien rodzaj smutku zarówno na bezpośrednim poziomie - za tym i tymi, którzy spoczywają do dziś pod ogromnym słupem wody Jeziora Solińskiego, jak i na poziomie osobistych odczuć każdego z nas - nostalgią za dzieciństwem, tymi którzy odeszli, wszystkim, co żyje jeszcze w naszych wspomnieniach i niestety stale ulega procesowi zacierania.
Serdecznie polecam tę książeczkę; problemem jest jedynie przemożna chęć, czy nawet wewnętrzny przymus jesiennego wyjazdu w okolice Werlasu, Zawozu czy Polańczyka, któremu ja osobiście oprzeć się nie mogę i tak naprawdę wcale nie chcę. W każdym razie, ostrzegałam Was.

 

Fot. Mariusz Strusiewicz

 


 

Są książki do czytania których trzeba dorosnąć. Gdy po raz pierwszy wpadają nam do ręki odwracamy się od nich, wydają się nam nieinteresujące. Tak było ze zbiorem wspomnień Bolesława Baranieckiego "Opowieści leskie z pamięci i z fotografii" wydaną przez Bosz dwa lata temu. O książce z zachwytem opowiadał mi Marcin, Kolega przewodnik z forum bieszczadzkiego info. Nie uwierzyłam Mu, znałam twórczość pana Baranieckiego z rocznika "Bieszczad", z lokalnej prasy, nie byłam jej miłośniczką. Będąc w leskiej księgarni Bosza spojrzałam na ową książkę, spodobała mi się szata graficzna ale serce na jej widok nie zadrżało więc nie kupiłam jej. Kilka dni temu szukałam jakiejś lektury, natrafiłam na te wspomnienia, z nudów zaczęłam czytać i ... zafascynowana przeniosłam się do przeszłości.

Aby Wam przybliżyć "Opowieści leskie..." zacytuję wstęp , który jakże trafie oddaje jej koloryt.

"Szanowni Czytelnicy,
Oddajemy w Wasze ręce książkę niezwykłą. Jej kolejne strony wymyślało i pisało samo życie, cierpliwie układając zapisane karty w pamięci autora.
Te wspomnienia, przywołane dzisiaj, stanowią nie tylko pamiętnik czyjejś młodości, ale pokazują czasy, których my już nie znamy, a ich bohaterowie odchodzą tak szybko...
Młodość...magiczne słowo, które w każdym z nas przywołuje nostalgiczne obrazy z najpiękniejszych lat życia. Czasami głodnych, biednych i trudnych, ale zawsze najpiękniejszych.
Czas...bywa, że igra z pamięcią: tu coś zamaże, tam dorysuje albo fantazję zamieni we wspomnienia.
Szanowny Czytelniku, uszanuj Autora tej książki, który dołożył wszelkich starań, by swoje młode lata spisać możliwie wiernie "z pamięci i fotografii"...
Na pamiątkę tamtych dni i w hołdzie tym, którzy je wraz z nim przeżywali.
Ewa Bal-Baranowska
Lesko, 2007 r"


Książka jest bogato ilustrowana fotografiami, zdjęcie jest integralną częścią każdego wspomnienia.

Spis treści
1. Tło tamtych czasów
2. Opowieści o Sokole
3. O, witaj szkoło!
4. Przed wojną
5. Dawne targi w Bieszczadach
6. W gimnazjalnym mundurku
7. Mimo strachu i zagrożeń
8. Na wysiedleniu w Berehach
9. Nauka w czasach wojny
10. Tuż po wojnie
11. Przez lata
12. Ciągle wspominam Lesko

Indeks

Warto zapoznać się z twórczością pana Baranieckiego publikowaną na łamach "Echa Bieszczadów"

Tytuł: "Opowieści leskie Z pamięci i fotografii"
Autor: Bolesław Baraniecki
Wydanie: I
Stron: 415
ISBN: 978-83-7576-007-1
Wydawnictwo: Bosz
Olszanica 2008



"Różnice" str. 64-65
"W szkole oficjalnie nie było różnic na tle narodowościowym czy religijnym. A nawet powiedziałbym, że Żydzi byli delikatniej traktowani. Wśród nas był niedawno przybyły Łajbuś Wielopolski - wysoki, rudawy, pejsaty, o roześmianych oczach. Krechowicz mówił: "Łajbuś, a ty jak się nazywasz?" "Wielopolski." "A skad tyś przybył?" "Z Małopolski". "A ty Romek jak się nazywasz?" "Spolski." "A skąd tyś przybył?" "Z Polski." "No to znaczy, że Wielopolski i Spolski są z Polski." "A ty Flrischer może byś coś zaśpiewał? Może "Leć głosie po rosie? "I Fleischer wstawał i dyszkantem, z gardłową intonacją śpiewał "Leć ghłosie po rosie."
Na lekcjach religii każda grupa szła do swego katechety: my do ks. Franciszka Wrony, a Rusini do ks. Juliana Szupłata. Żydów uczyła Sala Steinmatz. Jednak żydowscy chłopcy ze starszych klas , którzy od lat chodzili do chederów, nic sobie z tych lekcji nie robili, bo już byli - prawdę powiedziawszy - mądrzejsi od swej nauczycielki.
W niedzielę gromadziliśmy się na podwórku. Potem w budynku szkolnym była krótka egzorta katechetów i razem z nimi parami ruszaliśmy do świątyń: jedni do cerkwi, drudzy do kościoła. Zawsze była przy tym jakaś nauczycielka.
Szkoła nie udzielała biedniejszym uczniom żadnej pomocy materialnej, chociaż różnice pod tym względem były bardzo duże. Nie znaliśmy tzw. dożywiania, chociaż pamiętam, ze w którymś roku szkolnym przez parę miesięcy podczas dużej przerwy za niewielką opłatą można było wypić kubek gorącego mleka i zjeść bułkę. Doraźnie podobną akcję prowadzono u woźnej szkoły żeńskiej Charzyńskiej, w domu sąsiadującym ze szkołą.
Dzieci z biedniejszych rodzin ze wsi uczyły się w bardzo trudnych warunkach. z Jankowiec, niby blisko, a jednak kilka kilometrów, niektórzy przychodzili na bosaka. A że drogi były błotniste, kiedy dobrnęli do szkoły, byli mocno ochlapani żółtą gliną. Dyrektor kazał woźnemu Kabajowi wystawiać przed wejściem dużą miskę z wodą, gdzie mogli sobie umyć nogi. [...]"

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 


 

 

Dziś pragnę Wam przedstawić ciekawą monografię będącą jednocześnie wspomnieniem. "Załuscy w Iwoniczu" została napisana przez potomka rodziny Załuskich, wielkiego miłośnika Iwonicza Andrzeja Kwileckiego. Warto po nią sięgnąć aby poznać dzieje nie tylko tego rodu magnackiego ale części Beskidu Niskiego i jego okolic. Została wydana w 1993 r w Kórniku przez Polską Akademię Nauk Bibliotekę Kórnicką.
"Książka o Załuskich w Iwoniczu stanowi próbę przedstawienia historii własnej rodziny w sposób obiektywny, acz nie pozbawiony elementów osobistych. Autor spędził w Iwoniczu lata II wony św. Wraz z innymi członkami rodziny spisywał wówczas kronikę wydarzeń. Po wojnie wielokrotnie odwiedzał Iwonicz. W książce wykorzystał własne wspomnienia, relacje krewnych i mieszkańców Iwonicza, korespondencję rodzinną, pamiętniki i dzienniki, dokumenty z archiwów państwowych i prywatnych, również literaturę z XIX i XX w poświęconą uzdrowisku iwonickiemu. Praca Andrzeja Kwileckiego jest monografią rodziny Załuskich od momentu osiedlenia się ich w majątku i we wsi Iwonicz do dnia jego przymusowego opuszczenia uwzględniającą zarówno życie rodzinni-towarzyskie, jak i działalność administracyjno-gospodarczą w majątku i uzdrowisku". To fragment noty od wydawcy.

Spis treści
Wstęp
U źródeł
We własnym domu (1837-1858)
Iwonicz w Europie (1858-1893)
Wzloty i upadki (1893-1939)
Życie pod okupacją (1939-1944)
Epilog:zubożenie i rozproszenie
Spis ilustracji
Wklejka: Tablica genealogiczna rodziny Załuskich i Ogińskich, Plan Iwonicza Zdroju, Mapa okolic Iwonicza,

Tytuł: "Załuscy w Iwoniczu"
Autor: Andrzej Kwilecki
Wydanie: I
Stron: 296
ISBN: 83-85213-15-5
Wydawnictwo: Polska Akademia Nauk Biblioteka Kórnicka
Kórnik 1993


Aby przybliżyć Wam ową pracę zacytuję fragmenty "Wstępu". Autor, członek rody Załuskich, najlepiej przedstawi ową publikację.
"Załuscy herbu Junosza należą do rodzin wielce zasłużonych dla kultury polskiej. Encyklopedia Orgelbranda poświęca tej rodzinie cały rozdział stwierdzając, że największe zasługi położyli Załuscy, którzy byli "w stanie duchownym". Encyklopedia wylicza wysokie funkcje kościelne i państwowe sprawowane przez członków rodziny: "Senatorów świeckich mieli Załuscy, wojewodów trzech, kasztelanów trzech, za to biskupów senatorskich czterech i niesenatorskich dwóch, oprócz kilku dygnitarzy i wielu starostów. Najznakomitszymi ludźmi z nich są zawsze biskupi,przez których podniosła się i rodzina. [...]
Celem niniejszej pracy jest poszerzenie wiedzy o Załuskich i wprowadzenie do literatury nowych elementów. Pragnę skoncentrować się na mało znanym i dotychczas nieopracowanym fragmencie historii rodu. Wspomniany fragment dotyczy działalności Załuskich w Iwoniczu, miejscowości położonej w historycznej Ziemi Sanockiej. [...]
W trakcie przygotowywania niniejszej pracy mój pierwotny zamysł skupienia się wyłącznie na czynnościach wykonywanych przez Załuskich w uzdrowisku iwonickim został rozszerzony. Jako członek tej rodziny miałem bowiem dostęp do materiałów znajdujących się w rękach prywatnych, dokumentującego także inne, bardziej osobiste strony życia Załuskich. Zgromadziłem materiał, na który składają się niedrukowane listy, dzienniki, kroniki rodzinne, notatki o wydarzeniach i przeżyciach, z tymi wydarzeniami związanych, także utrwalone najpierw w tradycji ustnej, a następnie spisane relacje, oceny i wspomnienia osób z kręgu rodziny. Autorowi pochodzącemu z zewnątrz byłoby niewątpliwie znacznie trudniej dotrzeć do tych oryginalnych i rozproszonych przekazów. Rozdział poświęcony okupacji w Iwoniczu mogłem w ogóle oprzeć na własnych wspomnieniach (lata II wojny spędziłem bowiem w Iwoniczu) i na prowadzonym wówczas w rodzinie Załuskich dzienniku, który znajduje się obecnie w moich rękach.
W rezultacie powstała praca, która przedstawia dzieje Załuskich w Iwoniczu z uwzględnieniem dwóch przeplatających się wzajemnie wątków: działalności w uzdrowisku i życia prywatnego. Na ten pierwszy wątek składają się osiągnięcia i niepowodzenia, żmudna praca organiczna i przejawy lekkomyślności w gospodarowaniu, okresy prosperity i kryzysów. Wątek drugi - życie prywatnego - obejmuje sprawy osobiste i stosunki familijne: narodziny i zgony, choroby i kształcenie dzieci, dzieje małżeństw, podróże,życie kulturalne, i towarzyskie, życiorysy i charakterystyki przedstawicieli kolejnych generacji. [...]"

 

Fot. Robert Mosoń Cergowa ze szlaku Iwonicz Zdrój-Rymanów Zdrój

 


 

Dziś zaproponuję Wam po raz wtóry wyjątkowe wspomnienia. Książkę, którą mnie wciągnęła w swój świat, przeczytałam ją jednym tchem w dwie godziny. To wspomnienia Ryszarda Wiktora Schramma "Prywatna podróż pamięci" wydane przez Bosz. Urzekająca gawęda, taka, którą opowiada się przyjaciołom przy ognisku, napisana prostą, piękną polszczyzną. Efekt fascynacji rodzinnymi stronami, dziejami rodziny, Ziemią Sanocką. Rozmawialiśmy o tej książce na forum. Nie tylko mnie urzekła ta książka. Tak o niej pisał Kropek .Dołączam się do słów Lucyny i gorąco polecam, nie dlatego że łączy mnie pokrewieństwo zarówno z Jaśkiem z Czekaju :P Język... po pierwsze Język którego używa Schramm, to płynąca Polskością wręcz melodyjna opowieść która wplata wątki biograficzne dotyczący samej rodziny jak i skarby wiedzy dla etnografów. Niewielu się takich już czyta.. śmiało mógłbym przyrównać do Wańkowicza (choć w nieco innym stylu niż np. Szczeniackie Lata), Vincenza, Krygowskiego... czy Neverlego ...Coś co przewija się przez naszą głowę i wzbudza ogromną tęsknotę za pojmowaniem świata z młodzieńczej baśni przeżywania czasu wolnego. .
Prf. Schramm jest nieznany szerszemu gronu czytelników, a szkoda. Popełnił co najmniej kilkadziesiąt prac naukowych i wiele publikacji poświęconych górom. O jednej z nich "Lasy i zwierzyna Gór Sanockich" pisałam tu na naszej stronce . Ryszard Wiktor Schramm był znanym taternikiem, polarnikiem, w 1955 r. brał udział w pierwszym przejściu granią Tatr, a chyba trzy lata później powtórzył swój wyczyn biorąc udział w identycznej wyprawie tylko, że zimowej. http://www.kolosy.pl/schramm.php
Wspomnienia te polecam wszystkim miłośnikom historii naszego regionu, wszystkim tym, którzy są wrażliwi na piękno języka polskiego. Dla mnie ta lektura była niczym swoiste "szkolenie", te wspomnienia buchają wiedzą, także etnograficzną.
Książeczka jest skromnie wydana, miękka okładka, klejona, można ją jeszcze nabyć za grosiki w księgarni Bosz w Lesku.
To wspomnienia więc ozdobione są licznymi zdjęciami. Są tu także wiersze, m.in. Janusza Szubera
Do Ryszarda Schramma

Lichy śnieg, Ryszardzie, że do Olchowy
Na saniach nie dojedzie. Co spalone
Dymem się włóczy po Ostrej Górce,
Do Tarnawki roztopami spływa.

A nam, było nie było „tutejszym”,
Nad ocalałymi księgami parafialnymi usiąść,
Z księżych zapisków sagi rodzinne wysnuwać,
Potargane na powrót w supły wiązać.

W cerkwiach na ławkach kolatorskich
Kości, sądu czekające, w jaką taką
Całość składać i w ciała przyoblekać.

O, jakie huczne świętych obcowanie!
Każdy z nich osobny, krwisty i rumiany
Od słońca, co właśnie za Bieszczad zachodzi.



Spis treści
Zamiast wstępu
Na wschód od Osławy
Prywatna podróż pamięci
- Wstęp
- Olchowa i Tarnawa
- Prababka
- Manowce - historia prawie kryminalna
Ryszard Wiktor Schramm - Januszowi Szuberowi
Drzewo genealogiczne rodu Schrammów

Tytuł: "Prywatna podróż pamięci"
Autor: Ryszard Wiktor Schramm
Wydanie: I
Stron: 138
ISBN: 83-97730-76-9
Wydawnictwo: Bosz
Olszanica 2003


" [...] Dom mojego dzieciństwa to był "nowy dwór". "Stary dwór", drewniany, w którym urodził się mój Ojciec, jego matka i jej siostry, stał "rzędem" z "nowym" pod jesionami, które - ogromne - dotrwały aż do drugiej wojny. Chyba były sadzone razem z budową "starego dworu". Zachodnia strona tego dworu, za "samborzem", spaliła się gdzieś około 1865. Po tym pożarze dobudowano z drugiej strony na całą szerokość dworu duży, kwadratowy pokój, salon, do którego schodziło się dwa stopnie w dół, bo tam już był lekki stok. Róg tego salonu wypadał tuż koło wielkiej lipy, którą trzeba było wyciąć, zostawiono jednak boczny pęd - za mojej młodości rozrósł się on już w potężne drzewo. "Nowy dwór" murowany, wraz ze wszystkimi zabudowaniami gospodarczymi, był stawiany w latach 1902-103 z własnej cegły, wyrabianej z gliny i wypalanej na "Browarzysku" ("Brzewarzysku") na dole wygonu, nad potokiem. Musiał tam kiedyś - kiedy? stać browar,chyba raczej gorzelnia.Pamiętał go jeszcze Kuba, ojciec naszego międzywojennego "leśnego" Jana Stacha - Jaśka z Czekaju. Obok browaru, po bliższej dworu stronie potoku, stała stajnia opasowa na woły. Pospolity w XIX w. chów wołów na opas wiązał się zawsze z gorzelniami. Kiedy w Tarnawie Górnej ze starej Dymowej, w końcu lat siedemdziesiątych XIX wieku, spaliło się w stajni 100 wołów opasowych, gorzelnia stanęła na zawsze. Powiadano, że na kominie olchowskiego browaru siedziało "Złe". Ktoś ze zbytków bryznął pianą na to "Złe" i ono, rozgniewane, przywiązało wszystkie woły ogonami do żłobów, a połowę stajni rzuciło do potoku. Nieopodal były ślady starego, ale stawianego później, młyna wodnego. Budował go około roku 1860 Duda z Siemuszowej. Bardzo dobre kamienie sprowadzono z Jaślisk. Potem, gdzieś koło roku 1875, młyn sprzedano chłopom z Tarnawy, a kamienie i narzędzia do Kalnicy, skąd zostały przewiezione z powrotem gdzieś koło roku 1928. Woda z tego młyna szła z potoku w Dzielnicach korytem wyłożonym kamiennymi płytami. [...]

 

Fot. Marek Kusiak Okolice Olchowej

 


 

W ostatnią niedzielę wracałam z Przemyśla w Bieszczady przez Rzeszów. Oczywiście, w Rzeszowie ukulturniałam się wędrując po atrakcjach turystycznych, zaglądnęłam też do Muzeum Okręgowego. Muszę przyznać, ze mają interesujące zbiory militari i dobrze zaopatrzoną księgarenkę ze swoimi wydawnictwami. W tej ostatniej obłowiłam się nieźle za niewielkie pieniądze. Wśród nabytków był "Diariusz muzealny 1943-1948" Franciszka Kotuli. Dalsza podróż uprzyjemniło mi czytanie pamiętnika.
Muszę przyznać, że jest to niezmiernie ciekawa lektura, od której trudno było mi się oderwać. Lekkie, dobre pióro, umiejętność przekazywania emocji to moim zdaniem dodatkowe atuty książki.
Franciszek Kotula od 1039 do 1948 r. pisała pamiętnik w którym zapisywał najważniejsze wydarzenia w swojej pracy kustosza muzealnego. Żył w ciekawych czasach, był pasjonatem więc pamiętnik jest nieocenionym źródłem jeżeli chodzi o fakty dotyczące pracy muzealnika w czasie okupacji i tuż po. Niestety, zachowały się tylko dwa zeszyty. Zostały one udostępnione przez Muzeum Okręgowe w Rzeszowie. Pamiętnik można tam kupić za niecałe 16 zł.

Spis treści
Od redaktora
Wstęp
Fragmenty pamiętnika archiwalnego i muzealnego z 1939 r.
Diariusz muzealny
Indeks osób
Noty biograficzne
Indeks nazw geograficznych
Summary

Tytuł: "Diariusz muzealny 1942-1948"
Autor: Franciszek Kotula
Wydanie: I
Stron: 166
ISBN: 83-88085-03-4
Wydawnictwo: Muzeum Okręgowe w Rzeszowie
Rzeszów 1999


"Niemiła wizytacja
14 VIII 1943.
Często się słyszy, że Niemcy na kierowniczych i odpowiedzialnych stanowiskach administracyjnych, a więc należący do śmietany partyjnej, w znacznej części są anormalni. To odnoszę również i do komisarza Pavlu. Po tym, co widziałem i czego doświadczyłem, mogę się pod tą opinią w pełni podpisać.
W związku z trzecim remontem w muzeum Pavlu zdecydował się wpaść do obiektu. I rzeczywiście nie przyszedł, a wpadł. Nie powiedziałbym, żeby go coś interesowało. Przebiegł szybko sale muzealne, gdzieś od niechcenia rzucił jakąś uwagę, tak ni przypiął, ni przyłatał. Np. zapytał: A te meble po co tu stoją? - i wskazał na śliczny biedermajerowski salonik stojący w hallu. gdzie powinien stać. I czy można na to odpowiedzieć?
Jego oczy gdzieś niespokojnie i błędnie biegały - pewnie za myślami, których były wyrazem. Nie przyglądał się obrazom czy strojom ludowym, ale wlazł do komórki i zauważył, że jest ciasno.
Jakiś czas zatrzymał się przy archeologii. Jego uwagę zwróciły brązowe siekierki. Kiedy zapytałem, czy mogę
erać te rzeczy, ale skąd wziąć na to środki, nie powiedział.
Radzili mi, po niewczasie, żebym powiedział: Te siekierki są germańskie! Byłbym wziął i na posadzkę i na drzwi. Może szkoda? Pavlu powiedział jednak, że o odrzwiach i drzwiach myśli i szuka na to pieniędzy. Czy znajdzie?
Będąc w kuchni zwróciłem mu uwagę, że konieczne są szafki na naczynia, których robotę wstrzymał swego czasu. Odpowiedział przy świadku inż. Brzuchowkim, że jeśli pracownia stolarska ma drewno, to niech robi. Zaraz napisałem pismo
mówić po polsku, to mnie najpierw skrzyczał, dlaczego nie umiem po niemiecku, ale ostatecznie mówiliśmy po słowiańsku, to znaczy ja po polsku a on po czesku.
Do jakiego narodu należały te siekierki? - zapytał nagle.
Nie wiem - szczerze odpowiedziałem. To on znowu do mnie mówi, co ze mnie za kustosz. Dopiero przyjął wytłumaczenie, że kustosz tylko zbiera, a fachowcy to oceniają i badają. Wtedy mi kazał jeździć po okolicy i zbi
erać, dałem Goerowi do podpisu i poszło do pracowni stolarskiej. Żeby chociaż zrobili.
Pavlu zostawił mnie nieco rozstrojonego. Taki dziwny człowiek, który wprowadza niepokój i roztrzęsienie. Odetchnąłem jak poszed
ł.

20 VIII 1943.
Powiedziano mi, że Pavlu oświadczył kiedyś inż. Posadzkiemu, że muzeum leży mu na sercu, że szuka pieniędzy na wykończenie frontu. Żeby je wreszcie znalazł.
Salki na dole wymyto, wstawiono drzwi. Bardzo się cieszę. Zacznę teraz urządzać. Ale wcale nie będę się spieszył. "

 

Fot. Małgorzata Różowicz

 


 

Dziś chciałabym przedstawić jeden z naszych bieszczadzkich białych kruków. "Wspomnienia bieszczadzkiego leśnika" Zygmunta Rygla rozeszły się dość szybko, zarówno I (pierwsze wydanie w ciągu 3 miesięcy)jak i II wydanie. W chwili obecnej raczej nie do zdobycia na rynku, będę szukać w antykwariatach. (Książkę kiedyś miałam, dobry zwyczaj nie pożyczaj - już nie liczę na uczciwość pożyczającego). "Wspomnienia bieszczadzkiego leśnika" to lektura miła, łatwa i przyjemna. Autor w sposób prosty, z humorem i swadą opowiada o życiu podkarpackich leśników i nie tylko, sypie anegdotami, prezentuje w sposób subiektywny powojenną historię naszego regionu. Mnie zauroczyły pierwsze rozdziały pamiętnika, opis beskidzkich i bieszczadzkich perypetii, tego co wydarzyło się tu od roku latach 1951 (Nadleśnictwo Jaśliska) do lat 60-tych. Nie oznacza to, że późniejszy, że późniejszy już nie tej pionierski czas jest opisany nie interesująco, wprost przeciwnie. Całość wspomnień jest interesująca, moim zdaniem lektura obowiązkowa wszystkich miłośników regionu.
Kilka słów o Autorze, postaci na pewni nietuzinkowej, autorze fajnych książek, o których jeszcze będę niejednokrotnie pisać.

http://www.smzk.org/index.php?option=com_content&view=article&id=71:zygmunt-rygiel&catid=14&Itemid=39


Spis treści
Od autora - przedmowa do I wydania
- przedmowa do II wydania
1. Wakacyjna praktyka
2. Świadek tragedii i hieny
3. Środek na pluskwy
4. Inwentaryzacja lasu
5. Pełnoocnik rządu w Ustrzykach Dolnych
6. Ideologiczne sprawozdanie
7. Sfermentowane wino
8. W głąb martwej pustki
9. Inny Arłamów
10. Zęby szefa
11. Anioły stróże w Komańczy
12. Ispetorska kradzież
13. Żony "wysokich mężów"
14. Fundusz upiększania Bieszczadów
15. Wypadek podczas kontroli przeciwpożarowej
16. Konie i ludzie
17. Karabiny za szafą
18. Rezerwat "Prządki" i biznes
19. Kolorowe krowy
20. Wyższe wykształcenie
21. Akcja choinkowa
22. Leśne duchy
23. Pani Edyta
24. Leśny Kopciuszek
25. Epizodzik z Wyścigu Pokoju
26. Zakole nieboszczyków


Tytuł: "Wspomnienia bieszczadzkiego leśnika"
Autor: Zygmunt Rygiel
Wydanie: II poprawione
Stron: 159
ISBN: 83-86588-33-0
Wydawnictwo: Ruthenus
Krosno 2000


Autor spędzał praktyki w Ladorudzu. Obok leśniczówki był obóz zagłady Chełmno.
Świadek tragedii i hieny str. 19

"Po wojnie częste były przypadki, że ludzie z okolicznych wsi, zaopatrzeni w odpowiednio przygotowane sita, małe łopaty i szpadle i podchodzili skrycie świtem na obszar cmentarzyska. W wyrównanym terenie, obsadzonym trzy-czteroletnią uprawą sosnową kopali doły, zamieniając teren w kretowisko. Czasami były to grupy kilku- lub kilkunastoosobwe. Przesiewali piasek i ludzkie szczątki w poszukiwaniu złota i cennych drobiazgów. Milicja, mimo częstych obław, nie była w stanie zapobiec temu barbarzyńskiemu i ohydnemu procederowi. Zasadzki i nakładane kary nie odstraszały cmentarnych hien. Moralność wśród tych ludzi nie istniała. Ludzkie hieny wystawiały czujki, których rolę pełniły dzieci. O znalezionych bryłkach złota lub platyny krążyły w tym czasie legendy..." W dalszej części wspomnień autor opisuje sposoby walki z hienami.

"Pełnomocnik rządu w Ustrzykach Dolnych" str. 32-33

"Zamiana pomiędzy Polską i ZSRR części terenów Lubelskiego (Bełza, Uhnowa)na rejon Ustrzyk nastąpiła we wrześniu 1951 r. Granica została wyprostowana, ale łączyło się to z tragedią tysięcy ludzi po obu stronach. Akcja przesiedleńcza był wadliwie zorganizowana, nie przygotowana z obu stron, a zwłaszcza z tej drugiej. Gdyby to były warunki frontowe... ale nie były. Jesienią 1951 r. i zimą 1951/52 przyjeżdżały całe transporty kolejowe przesiedleńców z Lubelszczyzny , a dwa czy trzy miesiące później - obywateli greckich z okolic Żagania. Były to resztki żołnierzy dawnej armii gen. Morcosa z rodzinami. Kierowano ich do Krościenka i Liskowatego. Przesiedleńców rozwoziły liczne ciężarówki wojskowe, rozwoziły tam, gdzie były wsie i domy. Jak wspomniałem, akcja była źle przygotowana, brak było rozeznania co do stanu i chłonności domów i gruntów, dotychczasowych i proponowanych warunków bytowych mieszkańców, różnic związanych z warunkami produkcji (większość stanowili rolnicy), warunków glebowych i klimatycznych, konfiguracji terenu, itd. Większość domów w Ustrzykach i chałup we wsiach był w złym stanie i wymagała remontów; tymczasem szła śnieżna i mroźna zima.
Pełnomocnikiem rządu do spraw akcji przesiedleńczej był dyrektor jakiegoś departamentu - nie przypominam sobie, którego ministerstwa. Nazywał się Mazja. Nadzorował całą akcję przesiedleńczą, popisywał protokół zdawczo-odbiorczy, miał znaczne uprawnienia decyzyjne. Był średniego wzrostu, około 45 lat, dość korpulentny brunet, ruchliwy i rozmowny, z charakterystycznym akcentem z okolic Tel-Awiwu. Po prostu "nasz człowiek". Cechowała go duża pewność siebie. Ponieważ w owym czasie w Ustrzykach nie było gdzie mieszkać, udostępniono mu jeden z lepiej zachowanych pokoi w budynku organizującego się Rejonu Lasów Państwowych. Ściankę "działową" stanowiły rozwieszone koce.
Razem z nim mieszkał jego osobisty kierowca "Pobiedy", który oprócz sprawowanych funkcji zawodowych pełnił dodatkowo rolę doradcy, powiernika i kopiował zachowaniem swego szefa.
Ot, warszawski cwaniaczek ... [...]"

 

Fot. Wacław Salwierz Muzeum Kultury Bojków w Myczkowie

 


 

Dziś sięgnę w głąb regału po książkę Karola Skrzypka "Podkarpackim szlakiem Września". Są to wysoko ocenione przez znawców tematu wspomnienia żołnierza 4 Pułku Strzelców Podhalańskich z Cieszyna, który walczył m.in pod Nowym Sączem, w rejonie Wilczyska-Bobowa, Gorlic, Jasła,Krosna, Odrzykonia, Dynowa, pod Birczą, potem zaś był Przemyśl i Lwów. Autor miał 19 lat, gdy wybuchła II wojna, był dobrym obserwatorem, fajnie przedstawił ówczesną rzeczywistość.
Książkę nawet taki laik w sprawach wojskowych jak ja czyta z prawdziwą przyjemnością. Na chwilę oddam głos Autorowi: "Wspomnienia te mają charakter całkowicie osobisty, a tym samym subiektywny, nie mogą zatem pretendować do roli dokumentu, a zwłaszcza stanowić podstawy do fachowej oceny działań bojowych na tym odcinku walk obronnych. Jest to po prostu uporządkowany chronologicznie zbiór zdarzeń, obrazów, refleksji nacechowany zarówno brakiem pretensji literackich, jak i wiedzy wojskowej autora."
Dopełnieniem wspomnień jest posłowie Ryszarda Daleckiego. Naukowiec "rzuca" wspomnienia na szersze tło, przedstawia dzieje walk na Podkarpaciu.
Książka ukazała się w 1986 r., hmmm na szczęście nastąpił bardzo duży postęp, tak fatalnie wydane publikacje już nie ukazują się na rynku. Gazetowy papier, klejona byle jak, brzydka, miękka okładka, zdjęcia czarno-białe, prawie niewidoczne. Ocalała tylko dlatego, że siedzi sobie skromniutko w głębi regały i prawie nikt po nią nie sięga. A szkoda, bo jest naprawdę interesująca.

Spis treści
Od autora
Pierwsze żołnierskie doświadczenia
Ostatni miesiąc pokoju
Początek września
Pierwszy bój
Wciąż dalej na wschód
Bój pod Birczą
Znów wśród swoich
Pod Lwowem i w Lwim Grodzie
Pożegnanie z bronią
Posłowie - napisał Ryszard Dalecki

Tytuł: "Podkarpackim szlakiem Września"
Autor: Karol Skrzypek
Wydanie: I
Stron:130 plus wkładka ze zdjęciami
ISBN: 83-216-0653-9
Wydawnictwo: Śląsk
Katowice 1986


"Bój pod Birczą"
"[...]
T
a wizyta samolotu wkrótce spowodowała fatalne następstwa. Niemcy rozpoczęli najpierw pojedynczy, a potem kilku bateriami ostrzał artyleryjski skierowany na nas, następnie bezpośrednio na nasze wzgórze, a w końcu na wieś. Runęła na nas prawdziwa ulewa granatów i szrapneli. Wryłem się w bruzdę kartofliska nie podnosząc nawet nosa. Obserwator coś głośno przekazywał przez telefon i znów odezwała się ze wsi nasza artyleria, strzelając salwami szybko jedna po drugiej. Grzmiało piekielnie. W pewnej chwili, gdy nad naszymi głowami rozległ się szum pocisków, obejrzałem się w kierunku wsi.Trafienie nastąpiło wprost w cerkiewkę, która w tej samej chwili stanęła w płomieniach. Słup ognia ogarnął ją całą, a wokół niej biegały bezradne ludzkie figurki. Jeszcze kilka salw nieprzyjacielskich w okolicę płonącej świątyni i nasza bateria umilkła. Trochę z lękiem, a trochę z ciekawością czekałem na dalszy rozwój wypadków.
I stało się to, co było zawsze konsekwencją przewagi ogniowej wroga. Jego energiczne przeciw natarcie. La się nagle ożywił, wybuchła gwałtowna strzelanina, ogień artyleryjski nieprzyjaciela przerzucił się na skraj lasu, potem na wzgórze i grzbiet, na który nacierała kompania podhalan, i znów na wieś, która już niemal cała płonęła. Istne piekło! Na skraju lasu, w odległości około 500 metrów od nas pokazało się kilka sylwetek ludzkich, potem wyskakują dalsze. Strzelają w las. Cofając się coraz bardziej w naszym kierunku, odgryzają się niewidzialnemu nieprzyjacielowi. Co to za wojsko, chyba nie kompania podhalan, która nas przygarnęła? Oni nacierali w innym kierunku. Sylwetki zbliżają się
do nas coraz bliżej , widać już czerwone z wysiłku twarze. Nikną na chwilę w martwym polu stoku, za dużym uskokiem. I w tej chwili odzywa się już kilka nieprzyjacielskich km-ów, jeden strzela wprost na nas. Pociski wzbijają w kartoflisku fontanny ziemi i kurzu, gwiżdżąc wstrętnie. Nasz cekaem strzela teraz długimi seriami w skraj lasu. Tak, już tam widać błyszczące, garnkowate hełmy. No i mamy bezpośredni pojedynek broni maszynowej. Strzelam także ja w kierunku lasu. A artylerzysta zwija błyskawicznie swój punkt i znika.
Skądś przypałętał się do nas od strony jaru jakiś nieznany nam młody podporucznik, chyba rezerwista - z typową twarzą inteligenta, w okularach w złoconej oprawie. Jest szalenie zdenerwowany i gdy w pewnej chwili wybuchające wśród nas granaty artyleryjskie i ogień km-ów tworzą wstrząsający akord, wpada w szok, czołga się w tył, potem zrywa z głowy hełm, odrzuca go w pole i krzycząc głośno przeklina wojnę. Potem wstaje i pędzi ja szalony do płonącej wsi. Mimo dramatyzmu sytuacji, nie mogę oderwać oczu od tego oszalałego człowieka.
Naraz ogień piechoty nieprzyjaciela przybiera na sile. Nasz ckm strzela ogniem ciągłym już chyba trzecią taśmę. Za chwilę braknie mu amunicji. Obsługa miała tylko cztery skrzynki amunicyjne. Zza uskoku wyskakuje pod osłoną ck-mu najpierw kilka, potem coraz więcej sylwetek i biegnie ku nam. .[...]"
[...]"

 

Fot. Małgorzata Różowicz

 


 

Chcę podzielić się wrażeniami po przeczytaniu niebanalnej książki swoistego dokumentu, który wyszedł spod pióra Stefana kardynała Wyszyńskiego. "Zapiski więzienne" to ciekawa aczkolwiek "ciężka" lektura, którą trudno sklasyfikować. Jest to połączenie pamiętnika z listami, memoriałami, dokumentami. Prymas Tysiąclecia spisywał swoje przemyślenia, wrażenia, sporządzał notatki dla samego siebie. Te swoiste wspomnienia obejmują trzyletni okres internowania Prymasa. Został On aresztowany 25 września 1953 r, a wypuszczony z odosobnienia po śmierci Bieruta 28 października 1956 r. Przebywał kolejno w Rywałdzie, Stoczku k. Lidzbarka Warmińskiego, Prudniku Śląskim i Komańczy. To ostatnie miejsce różni się od pozostałych, warunki internowania są lepsze, Kardynał ma możliwość np. spacerowania po okolicy z czego bardzo chętnie korzysta. Komańcza nie została wybrana przez przypadek, klasztor sióstr nazaretanek powstał po to, aby chore zakonnice i ich podopieczni mogli tu leczyć gruźlicę. Prymas był chory na tę chorobę, posiadał tylko jedno płuco, pobyt w więzieniu bardzo nadszarpnął Jego zdrowie, wyniki przeprowadzonych pod koniec 1954 r. badań klinicznych były niepokojące. Z tych wszystkich miejsc zachowały się notatki i inne dokumenty sporządzone przez Stefana Wyszyńskiego, w 1981 r. przybrały one formę książki. Całość ma charakter "ramowy". Pierwszy zapisek dotyczy samego aresztowania, Prymas obszernie opisuje przebieg tego dnia, ostatni zaś poświęcony jest opisowi ostatniego dnia internowania. Ksiądz prymas w 1981 r. przejrzał swoje notatki, zdecydowała się na opublikowanie ich w niezmienionej formie, gdyż chciał aby były one swoistym dokumentem epoki. I są. Mam wydanie szóste wzbogacone i poprawione "Zapisków więziennych", jest tu kalendarium więzienne i tekst "Jasnogórskich Ślubów Narodu", które zostały napisane w Komańczy.
Książka jest ilustrowana czarnobiałymi zdjęciami, współczesnymi i archiwalnymi. Najwięcej z nich zostało wykonanych w Komańczy. Zrobiły one na mnie duże wrażenie. Znajduje się na nich nie wielki Mąż Stanu, Prymas Tysiąclecia lecz Człowiek. Jego wspomnienia odbieram specyficznie, osobiste wynurzenia troszeczkę mnie zdenerwowały ale także zafascynowały. Szczególnie te poświęcone przyrodzie. Księdza można byłoby nazwać ekologiem.

Tytuł: "Zapiski więzienne"
Autor: Stefan kardynał Wyszyński
Wydanie: VI poprawione i poszerzone
Stron: 367
ISBN: 978-83-88202-33-9
Wydawnictwo: Wydawnictwo im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego "SOLI DEO"
Warszawa


"Zapiski więzienne" str. 326

"14 kwietnia 1956, [sobota]
Na zboczu góry, wiszącej nad torem kolejowym, weszliśmy na wspaniałą łąkę, pokrytą śnieżyczkami. Wzruszający obraz! Wszystkie kwiatki otwierały swoje niepokalane serca, jakby patrzyły na niespodziewanych gości z ufnością, pewne swego nieprzepartego uroku czystości i piękna. Spojrzałem wstecz: na linii moich kroków zdeptane główki, rozgniecione listki. To moje dzieło. Tak wygląda i moje życie i moja praca. Zatrzymałem się pod krzewem leszczynowym. Dalej nie mam odwagi iść. Tylko Chrystus może bezpiecznie przez dziewicze pola serc - Qui pergis inter lilia, septus choreus Virginum, sponsus decorus gloria sponsisque reddens praemia Tylko Chrystus niczego nie zdepcze, wszystko osłoni swą delikatną, mistrzowską umiejętnością prowadzenia ludzi. A ja? Zawsze mi to źle wychodziło: niefortunnemu "ojcu". Może jeszcze najlepiej mi sie to udawało, gdym pracował wśród młodzieży akademickiej "Odrodzenie". Ale dziś? Utraciłem jakąś wielką "umiejętność" oddziaływania, zgrubiała mi dusza i serce. Od czego? Patrzę z lękiem na ten skrawek łąki śnieżyczek, którego nie dotknęła moja noga. Jakie to wszystko cudowne! Nie pójdę dalej, nie przejdzie tędy moja noga, niczyjej główki nie trąci, niczyjej nie zmiażdży. Skręciłem w bok i uratowałem kwiaty. "Zachowałem" duszę swoją. A może to tylko pycha?"

"Który przechodzisz się pośród lilii, otoczony chórem dziewic, oblubieniec otoczony chwałą i oblubieńcom oddający nagrody"


"Zapiski więzienne" str. 327
"20 kwietnia 1956, [piątek]
Odjechał dziś biskup Choromański wraz z księdzem Goździewiczem i księdzem Bronisławem Dąbrowskim. Bawili tu od 16 bieżącego miesiąca. Nie przyjechał zapowiedziany biskup Michał Klepacz, pozostający dotąd w szpitalu, po operacji na przepuklinę. Wśród spraw szerzej omawianych, biskup wysunął "sprawę najważniejszą" - mój powrót do Warszawy. Ustawiłem zagadnienia do dyskusji na szerszej płaszczyźnie. Dla mnie "sprawą najważniejszą" jest sprawa poszanowania praw Kościoła, a moja sprawa jest tylko fragmentem w całości. Dlatego wyraziłem przekonanie, że nie można wnosić mojej sprawy w oderwaniu od całości; można natomiast wnosić ją wśród innych spraw. Episkopat powinien - moim zdaniem- spowodować rozmowę Komisji Mieszanej z Premierem albo z Edwardem Ochabem. W tej rozmowie należy wykazać, że postulaty Episkopatu, zgłoszone we wrześniu 1953 roku, na wezwanie Rządu, nie zostały uwzględnione. Należy je na nowo przypomnieć. W oparciu o współczesne nawoływanie do praworządności , można pokusić się o zrewidowanie spraw usuniętych biskupów: Adamskiego z sufraganami, arcybiskupa Baziaka z Krakowa, Kaczmarka z Kielc i mojej z sufraganami. Nie chciałbym wracać do Warszawy wtedy, gdy inni biskupi pozostaną poza swoimi diecezjami. Mógłbym wrócić ostatni, nigdy pierwszy. Gdyby się okazało, że mój powrót byłby niemożliwy, należałoby sprawić, by przynajmniej biskup Baraniak mógł wrócić do Gniezna. Rozmowę należy zakończyć wręczeniem pro memoria na piśmie"


Fot. Robert Mosoń Śnieżyca wiosenna

 


 

Dziś sięgam do kanonu lektur beskidzkich. "Po rzeszowskim podgórzu błądząc Reportaż historyczny" to jedna z najbardziej znanych książek poświęconych etnografii naszego regionu, wychowały się na niej pokolenia miłośników Podkarpacia i przewodników. Jest to barwna opowieść, swoisty dokument napisany na odstawie badań terenowych. Autor wędrując po okolicy zbierał ustne przekazy, utrwalił je dla następnych pokoleń. To jest największy plus tej książki.
Czyta się ją wspaniale ale należy pamiętać o jednym. Ta praca jest specyficzna, należy ją przyjmować z bardzo dużą dozą krytycyzmu jeżeli chodzi o jej walory historyczne. Lekturę warto rozpocząć od przeczytania przedmowy Gerarda Labudy, który miał bardzo wiele uwag dotyczących warstwy historycznej publikacji. Dobrze byłoby też sięgnąć do innych książek dotyczących najwcześniejszych dziejów regionu. Gdy jest się już uzbrojonym w wiedzę historyczną, a także dotyczącą archeologii można pozwolić sobie na to aby lektura wciągnęła nas. Książka jest przeciekawa, czyta się ją jednym tchem. Muszę przyznać, że wielokroć po nią sięgałam i zawsze byłam w stanie coś nowego odkryć. Lektura obowiązkowa.

Spis rzeczy

Gerard Labuda: Przedmowa

Część pierwsza
OD DZIŚ DO PRZEDWCZORAJ

I. Wprowadzenie
1. Charakter wycieczki
2. Karpaty - Beskid Niski i Podgórze Rzeszowskie
3. Topograficzny opis naszego terenu
4. Podgórze
5. Góry łączą, nie dzielą
II. Demonologia ludowa
1. Bieśnik
2. Wróblowa
III. Przedmioty kultów
Na początku zastrzeżenie
1. Węże
2. Kult drzew i roślin
3. Werbowny Buk
4. Święty Buk
5. Woda
6. Kamień
... i na zakończenie części pierwszej

Część druga
MIEJSCA KULTU PRZEDCHRZEŚCIJAŃSKIEGO
1. Kamienna Góra - pierwsza
2. Kamienna Góra - druga
3. Kościelisko
4. Chyb
5. Michałek
6. Połom
7. Chełm
8. Burski Kamień
9. Golesz
Chwile refleksji

Część trzecia
WIELKI PRZEŁOM
I. Którędy w IX wieku chrześcijaństwo weszło na ziemie polskie
Zakończenie, czyli próba syntezy
II. Śladami pierwszych polskich świętych

Część czwarta
...JAKBY TO BYŁO WCZORAJ
I. Beskid Niski spinał dwa Pogórza
Wprowadzenie
1. Matka Boska Harklowska
2. Tarnowiec
3. Matka Boska Starowiejska
4. Kocie Zamki
Na zamknięcie
II. Archiwum drewnem i kamieniem pisane

Przypisy
Indeks nazw geograficznych
Spis ilustracji

Tytuł: "Po rzeszowskim podgórzu błądząc Reportaż historyczny"
Autor: Franciszek Kotula
Wydanie: I
Stron: 349
ISBN:
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Kraków 1974


"3. Matka Boska Starowiejska" str. 277
"[...]W lasach, gdzie dziś Stara Wieś, działy się dziwne rzeczy. Pokazywały się ogromne łuny, biły jakieś dzwony, skrzypiały zamykane ogromne żelazne drzwi. Pokazywały się straszne postacie z płonącymi oczyma, rogami i ogonami. Ludzie tłumaczyli to tym, że Lucyfer przygotowuje sobie ziemski tron. Prosili Matki Boskiej, aby zniszczyła owe diabelskie moce. I oto stał się cud. Pewnego razu na dębie ukazał się prześliczny obraz. Pierwsi spostrzegli go pastusi, którzy wieść o tym zjawisku roznieśli dookoła. Wkrótce u stóp dębu zebrało się mnóstwo ludzi, by popatrzeć w jaśniejące oblicze Marii. Lud podziwiał, ale się i bał. W tym czasie w słowackim miasteczku Humenne stała się niesłychana rzecz: znikł z kościoła cudowny obraz. Ludność rozbiegła się na poszukiwania. I oto dowiedzieli się, że obraz jest w Starej Wsi. W uroczystej procesji przewieziono go z powrotem na Słowację. Lecz wkrótce znowu straszna wieść się poniosła w Humennem: obraz ponownie zniknął. Znalazł się na tym samym dębie w Starej Wsi, gdzie dziś znajduje się statua Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W Starej Wsi zapanowała radość, w Humennem smutek. Słowacy znowu przyjechali i znowu obraz zabrali do siebie. Ale teraz przy obrazie postawiono już straż. Mimo tego obraz jeszcze raz znalazł się w Starej Wsi. Słowacy ponownie przyjechali, obraz zabrali. Lecz kiedy procesja znalazła się na granicy między Starą Wsią a Brzozowem, obraz za sprawą dwunastu anielskich chórów, jakie się ukazały, zatrzymał się i żadna siła nie mogła go ruszyć z miejsca. Teraz obraz już na stałe wrócił do Starej Wsi, dokąd od niepamiętnych czasów Słowacy przychodzą do swojej Pani, przynosząc dary i po swojemu śpiewając.

Swata Maria pros za nas
Synacka Tweho każdy cas
Slavna Kralovna nebeska
Maria patronka Uheska
Panna Maria Staroveska

Jak powiadają pielgrzymi w kościele w Humennem miejsce po wielkim ołtarzu jest puste, tamtejsi ludzie wciąż czekają na powrót obrazu.
W tej historii szczególną uwagę musimy zwrócić na wyjątkowe spiętrzenie cudowności i symboliki, właściwość epoki, w której mają miejsce opisywane wydarzenia. Pamiętajmy, że starowiejski obraz pochodzi z XVI wieku. Przychodzi do nas kilkakrotnie i kilkakrotnie wraca na stare miejsce tj. na Słowację. Naturalnie między przychodami, a odejściami musiał upłynąć pewien czas. Mogły to być nie tylko miesiące, ale i lata. W takim razie - czy wędrówki odbywał ten sam obraz?
Powszechna tradycja mówi, że obraz Matki Boskiej szedł z Węgier do Polski nie jedną, ale dwiema drogami: raz przez Przełęcz Dukielską, a drugi przez Pakoszowskie Działy. I rzeczywiście; kapliczki postawione na rzekomych miejscach odpoczynku obrazu wyraźnie zdają się potwierdzać tradycję. [...]"

 

Fot. Małgorzata Różowicz

 


 

Kilka lat temu w Cisnej kupiłam fajną książeczkę ciśniańskiego dziennikarza Teodora Więcka  Niby nic rewelacyjnego, ale... Książeczka składa się z dwóch części: krótkiego wprowadzenia w historię Łemkowszczyzny i pamiętnika o. J. Bachatyniuka z lat 1944-45. Pierwsza część, no cóż warto ją przeczytać. Publikacja ukazała się w 90. rocznicę powstania Ruskiej Ludowej Republiki Łemków. Druga część, czyli pamiętniki, moim zdaniem jest przeciekawa. Ksiądz Bohatiuk pracował przed wojną w parafiach grekokatolickich dekanatu mukulinieckiego. Na początku 1944 r. ucieka z córką na zachód, schronił się na Łemkowszczyźnie, aby potem powrócić wraz z przesiedlonymi Łemkami w Tarnopolskie. Barwna, specyficzna postać związana z ruchem nacjonalistycznym ukraińskim - jego trzej bracia służyli w UPA, o dziwnej mentalności ponoć charakterystycznej dla ówczesnych księży grekokatolickich - to pierwsza myśl, która nasunęła mi się po przeczytaniu pamiętnika. Pamiętnika bardzo interesującego, gdyż Autor przedstawił w sposób realistyczny, wprost dokumentacyjny życie w łemkowskich wsiach.
Książeczka jest skromnie wydana, zawiera wkładkę z archiwalnymi, a także współczesnymi czarno-białymi fotografiami. Autorem przekładu pamiętników jest Albin Pietrus, a kilka słów o o. Bohatiuku skreślił Tadeusz A. Olszański. Tekst pamiętników został też opublikowany w półroczniku "Płaj". Książeczkę można kupić w Cisnej, muszę przyznać, że jest droga, kosztuje około 30 zł lub na allegro - tu można ją nabyć za grosze.



Spis treści

Od autora
ŁEMKOWIE: Proces rozwoju świadomości etnicznej narodu rusnackiego do 1947r.

NA TUŁACZCE - DZIENNIK o. J. BOHATIUKA 1944-1945
W pasie przyfrontowym
Znowu na linii frontu
Przymusowa ewakuacja
W dalszą drogę na tułaczkę
W parafii Desznica. W pobliżu frontu
W nieznaną drogę
Tymczasowy pobyt w Bodakach
Na placówce duszpasterskiej w parafii Bednarka
Bolszewicka ofensywa i przełamanie niemieckiego frontu
Przyjście frontu
Na swoim gazdostwie


Tytuł: "Łemkowie: Proces rozwoju świadomości etnicznej narodu rusnackiego do 1947r."
Autor: Teodor Więcek
Wydanie: I
Stron: 86
ISBN: 978-83-61084-80-8
Wydawca: Krośnieńska Oficyna Wydawnicza
Cisna 2008


" PIĄTEK 8.XII.1944. Dzisiaj jeździłem do Gorlic do urzędu wyżywienia w sprawie należnych mi przydziałów żywności, jako wysiedleńcowi. Marne te przydziały dla ewakuowanych. Na miesiąc i na osobę przydzielają 6 kg zboża, 15 dag cukru, 25 dag kawy i 25 dag pęczaku albo 25 dag makaronu, to wszystko. Bardzo solidnie opiekuje się rząd wysiedleńcami. Władza wojskowa, która nas wysiedliła, ręczyła, że rząd się nami zaopiekuje, da pomieszczenia i żywność itd. Wiedziałem od razu, że to kłamstwo i dlatego nie dziwiłem się bardzo, kiedy dowiedziałem się o tym przydziale. Bardzo on mizerny, a tak go ciężko otrzymać. W urzędzie wyżywienia powiedzieli mi, że przydziały na żywność wydadzą mi wtedy, gdy wójt wpisze mnie na listę. Po przydziały mam się zgłosić w zbiorczej gromadzie w Lipinkach, a na razie mam czekać.

NIEDZIELA 17.XII.1944. We wsi dzisiaj wieczorem zdarzył się przykry wypadek: jeden z wziętych do niewoli bolszewików, który służył przy armii niemieckiej i tu kwaterował, zabił miejscową dziewczynę Anastazję Juszczak. Nie nieznane jest tło tej sprawy, jednak z postępowania tego żołnierza i jego zeznań można wnosić, że morderstwa dopuścił się z powodów erotycznych. Od kilku dni żołnierz ten kwaterował w domu wymienionej dziewczyny i prawdopodobnie zalecał się do niej. Dziewczyna miała we wsi dobrą opinię, była uczciwa i religijna i pewnie nie chciała nawiązać z nim bliższej znajomości. Wieczorem, kiedy poszła do sąsiadów, morderca zapytał się jej rodziców, czy nie chcieliby go za zięcia, kiedy otrzymał o nich odpowiedź, że jest to niemożliwe, bo n jest żonaty i ma dwoje dzieci, popadł w szał. Złapał karabin i z krzykiem "zabiję" wybiegł z domu. Rodzice nie spodziewali się niczego złego. W domu sąsiada, do którego poszła, było jeszcze kilka dziewcząt i chłopców, którzy nie spodziewali się niczego złego, spokojnie rozmawiali. Pośród tego wbiegł żołnierz i od razu wycelował z karabinu do dziewczyny, trzema strzałami zabił ją na miejscu. Zabójca dokonawszy obrzydliwego dzieła nie uciekał. Na miejscowej komendanturze przy protokole powiedział, że nie wie, dlaczego ją zabił. Wojskowy sąd skazał go na karę śmierci. Wypadek ten wywołał we wsi bardzo przykre wrażenie i zarazem stał się przestrogą, że ludzi bezbożnych i nieznanych trzeba bardzo unikać."

"Poniedziałek 25.VI.1945 Areszty NKWD. Przed dwoma tygodniami w sąsiednich wsiach Męcinie i Wapiennem przeprowadzono aresztowania. W Męcinie aresztowano dwóch nauczycieli tamtejszych (z Galicji) i kilku wieśniaków, a w Wapiennym aresztowali trzech, którzy wrócili z powrotem z ZSRR i ich rodziców. Ci uciekinierzy z ZSRR jeszcze w lutym tego roku wyjechali do "raju" i na własne oczy zobaczyli jak on wygląda. Powrócili do domu i pod wpływem ich wieści z raju wymienione wsie odmówiły wyjazdu, choć podpisały już wcześniej zgodę. Aresztowania te przeprowadzono oczywiście z zamiarem zmuszenia wsi do wyjazdu. I oczywiście NKWD cel swój osiągnęło. Aresztowani podpisali prośbę o wyjazd do ZSRR i kilku wypuścili na wolność. Wymienione wsie przestraszone aresztowaniami prawie w całości podpisały podanie o przesiedlenie".

 

Fot. Małgorzata Różowicz

 


 

Poszukując informacji o rzezi wołyńskiej i czerwonej partyzantce sięgnęłam do wspomnień Mikołaja Kunickiego "Pamiętnik "Muchy" wydanych w 1967 r. Kunicki "Mucha" był dowódcą sowiecko-polskiego oddziału partyzanckiego stworzonego na Wołyniu, działali na terenie Kresów, w Lasach Janowickich i w Bieszczadach. Kunicki "Mucha" łączył swoje siły z innymi oddziałami partyzanckimi np. "Ojca Jana", Mieczysława Moczara, a na naszym terenie z współpracował z oddziałem samoobrony Pawłusiewicza (pisałam już o niezmiernie interesujących wspomnieniach Pułkownika "Na dnie jeziora"). Miałam przyjemność/nieprzyjemność jako dzieciak poznać autora pamiętników. Uczestniczył on w pogawędkach w bieszczadzkich szkołach, w corocznych rajdach szlakiem Kunickiego "Muchy". Na jednym ze spotkań partyzant złamał wypracowany schemat opowiadania i rozpoczął szczerą rozmowę o byciu partyzantem, o wojnie. Byłam zaszokowana, do tego stopnia wstrząśnięta, że zapamiętałam jego opowieści o tym wyjątkowym piekle, którego był też współtwórcą. O okrucieństwie, bezpardonowej walce, o zbrodniach dokonanych na ludności cywilnej czy wziętych do niewoli jeńcach, o traktowaniu pojmanych przez partyzantów niemieckich prostytutek. Nie wytrzymałam (miałam 9-10 lat, wcisnęłam się w grono osób znacznie starszych, siedziałam ukryta wśród nóg innych uczestników spotkania) i spytałam się: to czym się pan różnił od band UPA? Pamiętnik Kunickiego "Muchy" jest ocenzurowany, być może przez samego autora, być może przez system. Nie mi sądzić, na pewno autor w sposób rzetelny nie przedstawia swoich losów i dziejów swojego oddziału. Oczywiście, wspomnienia są podlane sosem internacjonalistyczno-komunistycznym. Jest to szczególnie widoczne przy lekturze Wstępu autorstwa Stanisława Wrońskiego. Hmm, muszę przyznać iż ten historyk potrafił w wykoślawiać fakty, oj potrafił, a w przedstawianiu wizji świata internacjonalistycznego był mistrzem.
Książka jest ciekawa, fajnie się ją czyta, mimo tego, że ma koszmarne dialogi. Droga tego oddziału wiodąca do wolności była bardzo uciążliwa, wiodła przez liczne bitwy, brawurowe akcje, przez trudny dnia codziennego. Sam dowódca był postacią nietuzinkową, bardzo skomplikowaną, kontrowersyjną, kierującą się zasadą: oko za oko, ząb, za ząb. Bardzo ciekawe są pierwsze rozdziały książki, w których autor przedstawia początki istnienia oddziału. Mikołaj Kunicki "Mucha" został zmobilizowany przez Niemców do orkiestry 104 batalionu Schutzpolizei w Kobryniu, potem uczył się w szkole w Brześciu, wraz z częścią kolegów różnej narodowości z 4 kompanii Schutzpolizei stworzył oddział, który przyłączył się do czerwonej partyzantki.
Moim zdaniem, mimo tego, że autor przedstawił losy oddziału w sposób wybiórczy, należy zapoznać się z tymi wspomnieniami.

Jak wyglądało życie partyzanckie, takie nieocenzurowane, możemy przekonać się czytając relację Kunickiego zamieszczoną w internecie.
Pozwoliłam sobie ją zacytować (źródło niepewne, ale tę historię znam z ust Kunickiego "Muchy") i skonfrontować z fragmentem książki.

Tytuł: "Pamiętnik "Muchy"
Autor: Mikołaj Kunicki
Wydanie: II
Stron: 377
ISBN:
Wydawca: Książka i Wiedza
Warszawa 1967


Fragment znaleziony w internecie, relacja Kunickiego "Muchy"
"W sierpniową ciepłą noc zwiad konny przyprowadził chłopaka, lat około 5, do namiotu sztabowego. Chłopaczek, w jednej koszulce, drżał jak liść osiki ze strachu. - Skąd go wzięliście - zapytałem? - Szedł prosto do naszego Zjednoczenia od strony Chinoczy. - Jak się nazywasz syneczku? - Stasio, prosę pana. - A nazwisko twoje? - Stasio. - A skąd ty jesteś? - Z domu. - A z jakiej wioski? - Z domu. - A po co tutaj przyszedłeś? - Tatuś mi powiedział, że w tej stronie są partyzanci polscy. - A kiedy ci mówił? - Dawno. - A gdzie jest tatuś? - Leży na podłodze, bo mu główkę odrąbali. - A kto odrąbał? - Ludzie siekierą. - A gdzie jest mama twoja? - Też leży, i Wanda leży, i Helunia leży, i Romek leży, wszyscy leżą. - A gdzie ty byłeś? - Ja leżałem pod łóżkiem.
(...)
Ruszyliśmy pełnym galopem, aż koniom w brzuchach zagrało, a dwa plutony piechoty ruszyły ile sił w nogach na przełaj do Chinoczy. Na zastawie, przy drodze, oparty o drzewo siedział człowiek o kolorze dojrzałej śliwki z czerwonymi oczami, kawałkiem papieru do pisania. - Co to za murzyn? - zapytałem dowódcę zastawy. To nie murzyn, to jest Ukrainiec, nasz informator z Chinoczy Andrij. - Czy on jest ranny? - zapytałem? - Nie, tylko mówić nie może, bo był duszony postronkiem (...) Złapałem ten papier i zacząłem czytać: Jestem wasz Andrij (Andrzej), przed północą przyszli moi sąsiedzi z Chinoczy, związali mi ręce do tyłu, zarzucili mi na szyję postronek i zaprowadzili mnie w olszynę, gdzie było bagno i tym postronkiem dusili mnie (...) i ja upadłem w płytkie bagno i myśleli, że już nie żyję, że mnie zadusili, wówczas rozwiązali mi ręce, zdjęli postronek z szyi i wrzucili mnie w bagno dalej od brzegu i poszli do domu. - A kto wymordował Polaków? - Ci wymordowali, co mnie dusili. - A skąd wiesz, że oni? Sami mówili do mnie, że twoi przyjaciele Lachy leżą pokotem bez głów. Rugali mnie, że jestem zdrajcą, że zdradziłem Ukrainę, że poszedłem służyć Lachom i czerwonej Moskwie.(...)
Wkroczyliśmy do osady Chinocze. (...) wszystkich dorosłych mieszkańców zebrali[śmy] na końcu ulicy, od strony lasu, na zebranie [w miejscu] dokonanej ostatniej nocy zbrodni. (...)
Mordercom kazałem usiąść na zagacie i jeszcze raz zapytałem ich: O co prosicie, o śmierć, czy życie? - Życie panoczku, życie. Wtem usłyszałem spazmatyczny głos żeński i (...) zobaczyłem, jak z tłumu matki i żony bandytów popychają poprzód siebie swoje dzieci z krzykiem: „Całujcie pana ręce i nogi, żeby nie zabijał naszego tatka" i same też rzuciły się do mych nóg. (...)
Rozkazuję każdemu bandycie z bliskiej odległości przestrzelić z pistoletu kolana u nóg i łokcie u rąk. Tak, żeby oni nie mogli władać rękami, ani też nogami. Rozkaz wykonano. Już nigdy mordować nie będą."

"Pamiętnik "Muchy"
"Spotkanie pośmiertne
Kiedy ludność cywilna narodowości polskiej dowiedziała się, że mój oddział przyjmuje wszystkich Polaków w szeregi partyzanckie i opiekuje się całymi rodzinami, zjawił się pewnego dnia leśniczy czy nadleśniczy nazwiskiem Maciejewski. Był to człowiek lat 50, wysoki, szpakowaty, o inteligentnym wyglądzie. Od razu zauważyłem u niego silne przygnębienie.
- Co pana skłoniło do wstąpienia w nasze szeregi partyzanckie"? - zapytałam go - Pan jest już starszy i na pewno przyzwyczajony do dobrych warunków życiowych. U nas pan tego nie będzie miał. Czeka pana ciężkie życie w naszych szeregach: ciężkie marsze, ciężkie walki, głodówka, a tylko czasem lepszy byt i trochę wesołości.
Zamyślił się Maciejewski i odpowiedział:
- Do ciężkiego życia przywykłem, a o rozkoszy i wesołości muszę zapomnieć do samej śmierci. Pochodzę z okolic Ustrzyk Górnych, z Lutowisk. Miałem żonę, wie córki i dwóch synów, jak orłów. Wszyscy zostali zamordowani przez bandę.
- Jak to się stało?
- Wczesnym wieczorem, tuż po zachodzie słońca, banda okrążyła mój dom. Byłem akurat u sąsiadów. Zauważyłem stamtąd wielki ruch na ulicy i wokół moje domu. Schowałem się w ogrodzie. Słyszałem, jak mordowali moją rodzinę. Moja żona i dzieci nadaremnie wołali pomocy.
Jak się ściemniło, banda zaczęła palić budynki, wtedy wycofałem się i tak dobrnąłem do was, partyzantów. Ale po co ja uciekłem? Niechbym i ja tam razem z nimi zginął - dodał Maciejewski i zamyślił się.
[...]
Do oddziału przybywało coraz to więcej uciekinierów. Aż raz wartownicy przyprowadzili dwóch wysokich chłopców, lat około 18 i 20. Chłopcy ci byli przystojni, młodszy bardzo przestraszony, starszy spoglądał ponuro. Obaj byli brudni, bez czapek.
- Skąd wy jesteście? - zapytałem ich.
- Z okolic Ustrzyk Górnych.
- Narodowość?
- Polska.
- Dlaczego chcecie być partyzantami?
- Banda wymordowała nam rodzinę.
- Za co?
- Nie wiemy.
- Nazwiska wasze?
- Maciejewscy.
- Kim był wasz ojciec?
- Leśniczym.
- Czy widzieliście jak banda mordowała waszego ojca?
- Widzieć tośmy nie widzieli, ale na pewno nie żyje, bo bandyci okrążyli cała wioskę i urządzili rzeź.
- A w jaki sposób wy obaj uratowaliście się?
- Nas złapali w domu - zaczął starszy. - Zbili i zamknęli w piwnicy.
Drzwi zatarasowali bronami, pługami, postawili wartownika. A my i tak uciekliśmy, przez sekretny otwór prowadzący do sadu, a potem w las.
- Co się stało z matką i siostrami?
- Matkę przy nas zamordowano, gdy broniła nas przed biciem, młodszą siostrę zabili, jak rzuciła się w obronie matki. Starsza siostra w czasie okrążenia wyszła po wodę i już nie wróciła, bo ją złapali.
- Siadajcie chłopcy - zaprosiłem - jesteście zmęczeni.
Radiotelegrafiście Żorce szepnąłem na ucho, żeby przyprowadzili leśniczego.
[...]
W parę dni później mój zwiad przyprowadził 4 Hucułki, które z tobołkami na plecach szły w niewiadomym kierunku. Każda z nich była obwiązana chustką, opasana kolorowymi pasami, w skórzanych łapciach huculskich ze spiczastymi, do gór zadartymi nosami. Chustki miały tak pozasuwane na oczy, że z trudnością można było zauważyć twarze.
- Skąd wy jesteście? - zapytałem. Zaczęły wymieniać nazwy wiosek, których jeszcze nie znałem. Wokół nich zgromadzili się partyzanci, z zaciekawieniem oglądający Hucułki.
- Zdjąć toboły! - rozkazałem.
Zdjęły.
- Tak gorąco, a wy w chustkach? Zdjąć chustki.
Zdjęły.
- U - u - u - ryknęli partyzanci - jaka ładna ta środkowa.
- Spokój! - krzyknąłem.
Bractwo ucichło. Spojrzałem na kobiety - fakt, jedna była śliczna.
- Ty Hucułka? - spytałem się.
- T-t-ak - odpowiedziała z trudem.
W tym czasie podszedł do mnie szybkim krokiem Maciejewski Tadeusz, stanął na baczność i nie zwracając uwagi na nikogo, chciał coś zameldować, a wtedy śliczna Hucułka krzyknęła przeraźliwym głosem:
- Tadziu, ty żyjesz?
Była to właśnie starsza siostra, która poszła po wodę. Przybyłe kobiety nie były Hucułkami, lecz Polkami przebranymi w huculski strój. Siostrze udało się przebrnąć przez pierścień bandycki do chaty chłopów, którzy ją przechowali parę dni na strychu, nie wydając w ręce bandytów.Po kilkudniowym pobycie w tej chacie postanowiła przedostać się do znajomych. Nie zdążyła jednak, bo przybył do tej wioski ten sam oddział, który zamordował jej matkę i siostrę, a dowódca bandy zakwaterował się w tym samym domu, gdzie ona zatrzymała się u znajomych Hucułów.
Dowódca bandy zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, zaprosił ją na obiad i oświadczył, że gotów się z nią ożenić. [...]"

 

Fot. Robert Mosoń Panorama z Korbani

 

Polecamy

Książki historyczne

http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=22&Itemid=25

Biografie

http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=161&Itemid=167

Łemkowszczyzna

http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=140&Itemid=142

Fot. Robert Mosoń Cerkiew w Olchowcu

 

Polecam nasze usługi przewodnickie - cena  od 250 zł netto, od 350 brutto  faktura VAT. Programy wycieczki przygotowuję indywidualnie dla każdej grupy dostosowując je do możliwości finansowych i zainteresowań grupy. Proszę o kontakt telefoniczny Lucyna Beata Pściuk przewodnik górski i turystyczny, pilot wycieczek 502 320 069 Bieszczady i okolice oferują dla grup zorganizowanych multum atrakcji, wśród nich są: wycieczki górskie, wycieczki po ścieżkach dydaktycznych, spacery po górskich dolinach, miejscach cennych przyrodniczo, wycieczki rowerowe, spływy kajakowe  i na pontonach, jazda konna pod okiem instruktora, bryczki, wozy traperskie, prelekcje, pokazy filmów przyrodniczych, diaporam,  warsztaty przyrodnicze, warsztaty kulturowe, warsztaty fotografii przyrodniczej,  wizyty w wielu ciekawych miejscach np. hangary na szybowisku w Bezmiechowej, bacówkach z serami Bacówka Nikosa 504 750 254, zagroda edukacyjna Serowy Raj w Bukowcu, sery można zamówić telefonicznie 697 761 807 zwiedzanie muzeów,  galerii, cerkwi i dawnych cerkwi,  ruin, "zaliczanie" punktów widokowych, nawiedzanie sanktuariów, izby pamięci prymasa Wyszyńskiego, spacer po udostępnionych turystycznie rezerwatach, rejsy statkiem  po Jeziorze Solińskim np. statkiem Bryza nr tel. 721 08 08 08 , żaglowanie po Jeziorze Solińskim spotkania z naukowcami, ludźmi kultury, artystami itd. np. przy ognisku, zakup ziół i przypraw u Adama (Numer telefonu do Adama 723 652 669, towar można zamówić drogą pocztową.) itp. Koszt obiadu to w przypadku grup młodzieżowych jest od 15 zł do 25 zł. W tym roku mamy bardzo rozwiniętą ofertę edukacyjną na którą składają się warsztaty i prelekcje: kulturowe, przyrodnicze, związane ze starymi rzemiosłami, fotografii przyrodniczej itd. Cena od 800 zł/grupa warsztaty przyrodniczo-fotograficzne, od 12 zł/os warsztaty pieczenia chleba i proziaków, robienia masła i smażenie konfitur.

 

Fot. Tomasz Dacko Zawilec gajowy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

......

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

...................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

...................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

..................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

..........................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

....................

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

..............