Zaloguj



Licznik odwiedzin

DziśDziś874
WczorajWczoraj697
RazemRazem1834005
Zawój
Wpisany przez Lucyna Beata Pściuk   

Dolina Wetlinki jest jednym z najładniejszych i nieodkrytych turystycznie  miejsc w Bieszczadach. Nie ma tu szlaków z wyjątkiem zielonego Zagórz-Krysowa, który przebiega w okolicy i czarnego, który także biegnie w szeroko rozumianej okolicy. Powstało wprawdzie  kilka ścieżek, ale  prawie nikt o nich nie wie. Jedyne miejsce znane szerokiemu gronu turystów to przesławne "Sine Wiry". http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=48&Itemid=56 Tu bywa bardzo dużo osób, ale znowu  niewiele z nich orientuje się, że rezerwat leży na terenie nieistniejących wsi: Zawój, Łuh, Studenne. Wędrując stokówką goście raczej nie zwracają szczególnej uwagi na okolicę.

 

Fot. Paweł Szymański

Sine Wiry, Bieszczady, przewodnik, Zawój

 

A szkoda, bo  nieistniejąca wieś Zawój była uroczo położona u stóp Pereszliby, ślady jej istnienia są jeszcze widoczne. Teraz na dodatek oznakowane. Buszując po okolicy można jeszcze odnaleźć materialne ślady po dawnych mieszkańcach. Drewno, ta część, która pozostała po spaleniu wsi, rozpadło się, pozostały przedmioty metalowe, które można odszukać np. w okolicy dawnego młyna.

 

Fot. Jernej Prosienecky

 

"Zawój" Jan Szelc

W turbanie rzeki
wieś
której nie ma
droga
co zapomniała cerkwi

W słońcu drga

cisza

Widma sadów

chłód piwnic
i nikogo
z wiatrem Pereszliby
do wzniecania ognia

Topole ścielą

do stóp świętych
Schodzi na brzeg
Pantokrator
nawracać pstrągi

A Wetlina

blaskiem ikon odpływa
w swoje re-wiry

 

Fot. Robert Mosoń "Sine Wiry"

 

Zawój powstał na prawie wołoskim, najprawdopodobniej na tzw. "surowym korzeniu" w dobrach Balów. Kiedy, dane są bardzo rozbieżne, wieś  mogła być osadzona pod koniec lat 20. XVI w. lub po 1543 r. Wzmiankowana w spisie podatkowym z 1552 r.  , jest tu sołtys i 7 kmieci. W 1567 r. w spisie podatkowym figuruje jako Zawoi, jest tu tylko sołtys osadzony na 1 łanie i młyn. Występuje albo regres osadnictwa, zasadźcy opuścili wieś albo mamy do czynienia z oszustwem podatkowym.

 

Fot. Jernej Prosienecky

 

Następna wzmianka w  regeście  podatkowy z 1589 r. mówi iż jest tu 4 łany osiadłe przez kmieci, młyn 1-kołowy, w tym też roku po śmierci Matiasza Bala Zawój dziedziczy Samuel Bal. W 1663 r. wieś jest wzmiankowana jako Zawoy własność Aleksandra Bala. Pierwsze dane o stosunkach religijnych, wieś posiada cerkiew, jest tu parafia greckokatolicka, ludność wyznania rzymskokatolickiego uczęszcza do kościoła w Wołkowyi. Mieszka tu 103 osoby, 99 grekokat.,  4 rzymskokat.

 

Fot. Jernej Prosienecky

 

W 1845 r. wieś trafia w ręce Sabiny Ksawery Krajewskiej. W spisie  1857 r. wymienione są 137 osoby, powierzchnia wsi wynosi 991 morgów, w tym: pola orne - tabularne 69, włościańskie 169; łąki i ogrody - tabularne 38, włościańskie 98; pastwiska - tabularne 53, włościańskie 30; lasy - tabularne 534, włościańskie 0. Bardzo krótko majątek był dzierżawiony przez Józefa Kowalskiego. Rok 1872 majątek Zawój wraz z Polankami i Terką został sprzedany przez Sabinę Krajewską Hryciowi Solanowi, Jurkowi Truchanowi, Iwanowi Pryplowi i Stefanowi Truchanwi. Kim są nowi właściciele? Tzw. mazurami czy miejscowymi chłopami? Potem następuje rozdrobnienie majątku. W 1880 r. wymieniana jest potażarnia.

 

Fot. Robert Mosoń

 

Bardzo ciekawa jest sprawa stosunków narodowościowych/wyznaniowych na tym terenie, sprawa rutynizowania się nowych osadników, która mogła przebiegać w ciągu jednego-trzech pokoleń. "Słownik Królestwa Polskiego  i innych krajów słowiańskich" wspomina iż w II połowie XIX w. jest tzw, osadą mazurską (zamieszkałą przez Polaków), 147 mieszkańców jest wyznania rzymskokatolickiego, a 24 greckokatolickiego. Schematyzmy jego nie potwierdzają. Jak było naprawdę tego nie wiem. Można tylko domniemywać iż nowi osadnicy bardzo szybko przeszli na grekokatolicyzm. Zawój była wsią lokowaną na prawie wołoskim,a to jasno mówiło iż w każdej miejscowości ma być cerkiew. Najbliższy kościół był w Wołkowyi. W 1921 r. wszyscy mieszkańcy poza Żydami podali, że są wyznania greckokatolickiego. Nie oznacza to, że uważali się za Ukraińców. 4 kwietnia 1938 r. we wsi powstało koło Związku Szlachty Zagrodowej.

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska 'Sine Wiry"

 

Tak o tutejszych szlachciurach pisze Ferdynand Antoni Ossendowski - "Karpaty i Podkarpacie" "Twardy to lud. Sama bodaj szlachta polska - schłopiała, zagrodowa, chodaczkowa, ale przechowująca starannie nadania królewskie, wizerunki klejnotów i klechy siwe o jakichś tam przodkach, co z Tatarami, Kozakami, Szwedami i nawet z Turkami pod Wiedniem rąbali się "luto". Tacy swego nie popuszczą, o swoje sprawiedliwie i twardo się upomną, zupełnie tak jak ich pobratymcy i towarzysze dawnych wypraw spod Turki, gdzie mają już dość ukraińskich i bolszewickich podszeptów i wichrzeń zakordonowych."

 

Fot. Robert Mosoń

 

Inaczej na tę sprawę patrzył się Józef Pawłusiewicz "Na dnie jeziora'

"Na rękę ukraińskim działaczom nacjonalistycznym szła wyjątkowo nieudolna polityka ówczesnych władz polskich. Poczęto siać ferment chociażby taką działalnością, jak chęć restytuowania szlachty zagrodowej na terenie Bieszczadów. W działalności tej z ramienia władz przodował ksiądz Miodyński. Chłop polski, żyjący do tej pory w najlepszej zgodzie z ukraińskim, począł się nad nim wywyższać, nazywając go "chamem", jako że wmówiono mu pochodzenie szlacheckie. Wśród młodzieży na zabawach i weselach dochodziło na tym tle do waśni i bójek."

 

Fot. Jernej Prosienecky Zawój widok na "Ubiczke" - pole poniżej wsi nad Wetliną. Bystre oko ujrzy na zboczu ponad rzeką, prześwitującą droge na Rajskie, zbudowana w latach 80 przez ZBL.


 

W tej części Bieszczadów nie było szkół. Były próby ich budowy ale zawsze rozbijały się o niechęć księży grekokatolickich. Buszując po moim dość zasobnym księgozbiorze natrafiłam na rocznik "Połoniny'05" w którym Stanisław Kryciński prezentuje wspomnienia Wacława Szczerby syna Iwana, który był gajowym w Zawoju. Pozwolę sobie zacytować kilka ich fragmentów. Stanisław Kryciński "Zawój - wspomnienia mieszkańca" : "Na początku lat trzydziestych we wsi nie było szkoły, a tylko ośmioro mieszkańców umiało czytać i pisać. Żyd Nuta, właściciel majątku (ok. 150 ha) w Łuhu, który miał troje dzieci, chciał doprowadzić do zorganizowania szkoły w Zawoju i chciał w niej uczyć. Ale ksiądz Wołodymyr Hryhorowycz z Jaworca (na probostwie od 01.03. 1935 r. do 30 05. 1936 r.) torpedował te starania. Nuta swoje dzieci oddał na rok szkolny do brata w Sanoku i tam się uczyły. Zdaniem pana Wacława, Nuta dobrze zapisał się w pamięci mieszkańców. Miał służących, dużo bydła i kawał pola. Na jego polu teraz leśniczy sadzi kartofle, bo to najlepsza ziemia. Niechęć księdza do powołania szkoły nie była bezpodstawna.Wielu mieszkańców wsi miało krewnych na emigracji. Ksiądz czytał listy od nich i pisał odpowiedzi. Za przeczytanie listu opłatą była kura lub dzień pracy w gospodarstwie księdza. Za napisanie natomiast -dwa dni pracy lub2-3 dni kury. Od początku czerwca proboszczem w Jaworcu był ks. Wołodymyr Werbowyj. Ten nie sprzeciwiał się powstaniu szkoły. Niebawem została zorganizowana i ulokowana w budynku karczmy - zajmowała jej połowę. Uczyła w niej nauczycielka zwana Maryjką. Latem, w czasie intensywnych prac polowych, w szkole prowadzony był horodok dla dzieci (przedszkole), obsługiwany przez Maryjkę. W czasie okupacji niemieckiej uczył Roman Chałupinko pochodzący z okolic Lwowa."

 

Fot. Jernej Prosienecky

 

Nie jestem w stanie pokusić się o opisanie tego co działo się tu po 1944 r. Dane są sprzeczne, fakty nie pokrywają się, więc w trosce o dobro jakim jest historia posłużę się ściągą. "Bieszczady Słownik historyczno-krajoznawczy część 2 Gmina Cisna" "18 stycznia 1945 r. stanęła we wsi na kwaterach II czota z sotni UPA "Wesełego" pod dowództwem "Korpa". Następnego dnia o godz. 7 wieś zaatakowało 40 milicjantów z Wołkowyi i 50 żołnierzy NKWD. Zaskoczeni partyzanci zaczęli się wycofywać. Od kul napastników, którzy strzelali do wszystkiego co się rusza, zginęło kilka osób spośród mieszkańców wsi. Wśród partyzantów jedyną ofiarą był strzelec "Zorian" (ok. 20 lat, nazwisko nieznane), który wpadł ranny w ręce żołnierzy NKWD . Skatowanego pozostawili na polu, gdzie zamarzł. Został pochowany w Zawoju. Wieś znacznie ucierpiała. Spłonęło kilka domów, napastnicy zabrali bydło i zboże.

Na Ukrainę dobrowolnie wyjechały w 1946 r. dwie rodziny Wajdów i jedna Stołyciów.

22 kwietnia 1947 r. został skazany na śmierć strzelec sotni "Brodycza", Jan Sołtys "Peń" urodzony w Zawoju. "Peń" należał do ochrony szpitala polowego, położonego pod Łubnem, na stokach Chryszczatej. W dniu 22 stycznia 1947 r. żołnierze 4. Grupy Manewrowej WOP otoczyli szpital. "Peń", który właśnie wyszedł po drewno, został schwytany. Wszyscy inni znajdujący się w podziemnym szpitalu - personel medyczny, ranni i ochrona szpitala (15 osób) - zostali zabici.

W ramach akcji "Wisła" w ostatnich dniach kwietnia 1947 r. wysiedlono ze wsi 48 rodzin. Po wysiedleniu nie pozostał nikt. Zabudowania spaliło Wojsko Polskie. Od tego czasu nikt tu nie mieszka."

 

Fot. Robert Mosoń

 

Moim zdaniem warto przy tej okazji wspomnieć o pamiętnikach M. Bilskiej "Ognie nad Solinką", to źródło do którego należy podejść z dość dużą ostrożnością, ale mimo wszystko warto zapoznać się  jej teorią iż ataki NKWD były akcją odwetową za okrutne zamordowanie sowieckiego majora i jego żony. Według Artura Baty, wiem, wiem, że to bardzo kontrowersyjny historyk, "Nie było mowy, żeby przejść do takich wiosek jak Łopienka, Zawój, Smerek czy Wetlina - zostały one opanowane przez UPA"

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 

Potwierdza to Stanisław Kryciński, powtórnie sięgam do  wspomnień Wacława Szczerby syna Iwana. Stanisław Kryciński "Zawój - wspomnienia mieszkańca": "Od połowy 1944 r. do wysiedlenia w 1947 r. wieś była wielokrotnie pacyfikowana przez wojsko i milicję. Najbardziej dał się we znaki batalion stacjonujący w Baligrodzie. Faktem jest, że we wsi kwaterowali partyzanci UPA, ale pacyfikacje i połączone z nimi rabunki skierowane były przeciw bezbronnej ludności cywilnej. Podczas jednej z takich akcji w dniu 2.10. 1945 r. zginęła Pelagia Szczerba (żona Iwana) trafiona dwoma pociskami  z rkm-u. Widząc zbliżające się wojsko chciała uratować krowę wyprowadzając ją do lasu. Podczas kolejnych pacyfikacji zginął również Michał Fidyrko i jeszcze jedna osoba.

Jeszcze w pierwszych miesiącach1945 r. milicjanci z Cisnej byli w dobrych stosunkach z UPA. Pan Wacław jako dwunastoletni chłopak był świadkiem następującego wydarzenia. 2 lub 3 stycznia 1945 r. na trzech parach sań przyjechało do wsi 10-12 milicjantów z Cisnej. Przed olejarnią była sień, a w niej trzy beczki kapusty. Pan Wacław myśląc, że będzie strzelanina schował się za te beczki. W olejarni byli banderowcy, którzy żartowali z kobietami. Milicjanci weszli do środka, przywitali się z nimi i razem poszli na bimber do sołtysa Fidyrki. Jeszcze na przełomie lutego i marca komendant posterunku MO w Cisnej, Edward Martinger, próbował porozumieć się z dowódcą sotni UPA Romanem Kozieryńskim "Birem". Jednak udział milicjantów w walce w Strubowiskach (21.3.1945r.) zakończonej masakrą ludności tej wsi zmienił całkowicie stosunek UPA do funkcjonariuszy MO z Cisnej.

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 

W czerwcu 1946 r. mieszkańcy Zawoju zostali ostrzeżeni przez UPA, że ich wieś, jak i sąsiednie, będą wysiedlane. Podzielili się na cztery grupy i każda z nich szukała schronienia w innym miejscu. W tym czasie we wsi z inwentarza żywego były tylko krowy. Owce, kozy i świnie wyrżnięto na jedzenie. Pan Wacław wieprzowinę jadł ostatnio w 1944 r., a potem dopiero w 1948 r.  Grupa w której była rodzina Szczerbów ukryła się w lesie, na grzbiecie pomiędzy Strubowiskami, a wsią Ruskie leżącej już po słowackiej stronie. Mieszkańcy wiosek po polskiej stronie mieli znajomych w słowackich wsiach. Były to głównie znajomości ze szmuglu (soli) w czasie wojny i okresu przedwojennego. Ludność wsi z obu stoków Karpat łączyły też więzi rodzinne. Mieszkańcy Ruskiego wzięli do siebie dzieci,  a dorośli zostali w lesie z dobytkiem. Koczowali na południowym stoku już po słowackiej stronie. Siedzieli tam cały czerwiec i pół lipca - wrócili dopiero jak zaprzestali wysiedleń. Inni mieszkańcy Zawoja ukryli się pod połoniną, a kilka rodzin mieszkało w grocie w skalistej skarpie nad rzeką, naprzeciw późniejszego osuwiska. Do groty zwanej pieczara wchodziło się z wody, od strony rzeki. Ukrywali się tam ludzie bez bydła. Bydło ulokowano 1 km dalej na zachód w lesie. Uciekło też część mieszkańców Jaworca. Tych, którzy nie ukryli się wysiedlono do ZSRR. Spotkało to mieszkańców Łuha i część mieszkańców Jaworca (tych co zostali. W tym czasie wysiedlono też Kalnicę i Smerek. W Smereku została jedna rodzina, w której matka była chora na tyfus."

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 

Po wsi zachowało się niewiele śladów. Jest tu cerkwisko i jeden nagrobek. Na większości bieszczadzkich cmentarzy były tylko ziemne mogiły z drewnianymi krzyżami. Kamienny cokół i betonowa podstawa, które zachował się to raczej wyjątki. Obok cmentarza rośnie kilka pięknych lip. Kilka słów o cerkwi można znaleźć w jakże ciekawej monografii "Leksykon drewnianej architektury sakralnej Podkarpacia": "Zawój (gm. Cisna) filialna cerkiew grekokatolicka św. Michała Archanioła (parafia w Jaworcu) Poprzednia cerkiew była budowlą dwudzielną o dł. 10,5 m i szer. nawy 7,8 m. Ostatnia, zbudowana w 1860 lub 1862 r. była kryta blachą i miała ikonostas. Została spalona przez wojsko polskie w 1945 r. Była to dwudzielna budowla, z prostokątnym sanktuarium i niewielką kruchtą. Dzwonnica drewniana."

 

Fot. Jernej Prosienecky


Przeczy temu ostatniemu twierdzeniu pan Wacław Szczerba Stanisław Kryciński "Zawój - wspomnienia mieszkańca": "Tutejsza drewniana cerkiew miała trzy hełmy i dwa wejścia. W ogrodzeniu była drewniana dzwonnica-brama, przez którą wchodziło się na cmentarz cerkiewny. Jedyny stojący do dziś kamienny nagrobek znajduje się na grobie zmarłego pochodzącego z rodziny właścicieli ziemskich.We wsi nie było zwyczaju odwożenia saniami trumny na cmentarz niezależnie od pory roku. Cerkiew nie została spalona w 1947 r. tylko rozebrana w następnych latach. Obrazy i pająk (żyrandol) są obecnie w kościele w Terce. Do czerwca 1946 r. obsługiwał ją ks. Wołodymyr Werbowyj, proboszcz z Jaworca. Gdy wyjechał wraz z częścią mieszkańców do ZSRR to do cerkwi w Zawoju dojeżdżał ks. Iwan Werema (?) z Rajskiego - obecnie  (1998)emeryt w Pasłeku. Ksiądz z Jaworca miał ziemię w każdej z trzech wsi parafii jako uposażenie. W Zawoju należał do niego najlepszy kawałek leżący przy samej rzece. W sąsiedztwie domu pp.Szczerbów stał solidny, dębowy krzyż ustawiony na pamiątkę zniesienia pańszczyzny w 1848 r. Został zniszczony po wojnie, w czasie budowy drogi."


Fot. Lidia Krutulska https://picasaweb.google.com/106366040196664844809

 

W terenie można odszukać ślady po dawnej młynówce. Tak o niej piszą w "Bieszczadach Słowniku historyczno-krajoznawczy część 2 Gmina Cisna"

"Młyn i tartak wodny, zlokalizowany u wylotu liczącej 400 m młynówki, przekopanej po lewej stronie Wetlinki, w odległości 1750 m na zachód od cerkwi. Młynówka zaczynała się kilkanaście metrów od ujścia potoku spływającego spod Kiczery (927 m). Młyn i tartak powstały zapewne po I wojnie światowej. Miał dwa koła wodne lub trzy złożenia kamieni. Co najmniej od 1926 r. właścicielem był Iliasz Semków. Po jego śmierci w 1940 r. młyn i tartak należały do jego synów - Jana i Jerzego. Młyn spłonął w 1947 r. w czasie wysiedlenia ludności. Zachował się dobrze widoczny kanał młynówki. Pozostałości młyna zostały zniszczone  podczas prac ziemnych prowadzonych po zejściu osuwiska we wrześniu 1980 r."


Fot. Jernej Prosienecky

 

Okolica jest udostępniona turystycznie. W pobliżu przebiega szlak zielony Zagórz-Krysowa, odcinek Terka przez Żołobinę do Bukowiny oraz trochę dalej  szlak  czarny 928 (Przełęcz pod Jawornem) - Przełęcz Orłowicza -dawny szlak wolnościowy im. Świerczewskiego biegnący z Łopiennika przez Dołżycę i Falową do Jaworca. Oba polecam tym, którzy lubią się gubić. Na zawsze zapadnie mi w pamięć szkolenie przewodnickie, wyszliśmy z Terki i gdzieś nam zgubiły się  zielone znaczki , zaczęliśmy iść na tzw. czuja po potokach, jarach, wąwozach, to byłą wczesna wiosna, pamiętam jak koledzy znajdowali  albo poroża jelenia, albo szczątki jelenia = ślady wilczej uczty, tropy i świeżą kupę niedźwiedzia, a ja po wyjściu z kolejnego jaru miałam tylko tyle siły aby paść na ziemie i łapać oddech. Wyszliśmy właśnie na "Sine Wiry" - to było jedno z najlepszych szkoleń w jakich brałam udział. Oczywiście, bez mapy.
,  szlak rowerowy oraz  tu dwie ścieżki przyrodnicze: jedna o dł. około 3 km, a druga o dł. 0,9 km.

W tym roku obok rezerwatu powstała jeszcze jedna ścieżka - Odnalezione Bieszczady

 

Fot. Robert Mosoń

 

Warto przy okazji zapoznać się z wytycznymi dotyczącymi ochrony i udostępnienia miejsc cennych we względu na walor kulturowe. W Zawoju cenne bezwzględnie jest cerkwisko. Sięgnę po wyjątkowo interesującą książkę prof. Piotra Patoczka "Ochrona krajobrazu w Bieszczadzkim Parku Narodowym" :

"Miejsca cerkwi

Powyżej dolin, teraz rzecznych i wyrównań podstokowych, a więc powyżej zagród były lokowane cerkwie. W większości podzieliły one swój los z palonymi lub porzuconymi domostwami - przetrwało ich niewiele. Często jet to grupa starych drzew. Z reguły miejsce po cerkwi położone jest na zamknięciu widoku doliny lub na wyższej terasie, górującej nad wsią. W takim miejscu pozostało zwykle klika śladów kamiennego lub drewnianego ogrodzenia, przewrócone nagrobki, krzyże, kapliczki oraz pecki kamienne, układane pod pierwszymi belkami zrębu, pod podwaliną cerkwi. Miejsca takie są obecnie porośnięte roślinnością. Stąd należy przede wszystkim usunąć krzewy i krzewy, które wyrosły samosiewnie. Pozostawić natomiast należy stare, czasami opalone jeszcze lub połamane konary drzew - pomników-świadków tragedii sprzed półwiecza. O odbudowie tych obiektów trudno dziś myśleć, ponieważ stoją w miejscach opuszczonych lub tylko w pobliżu kilku zagród zamieszkanych przez ludzi wyznania rzymskokatolickiego. Stąd należy rozważyć możliwość takiego wydobycia z otoczenia miejsc cerkiewnych , aby bez ciągłego nadzoru, możliwie skromnymi środkami, w sposób trwały, bez pielęgnacji je utrzymać. Projektuje się więc, po usunięciu zbędnych drzew, krzewów, wysokich traw, wyeksponowanie w otoczeniu kapliczek i krzyży oraz ogrodzenie terenu. Może też warto posiać trawę i kwiaty , które będą się wyróżniać w otaczającym krajobrazie."

 

Fot. Bogdan Bajorek Te założenia zostały zrealizowane na ścieżce

 

Dolina Wetlinki leży na ternie Ciśniańsko-Wetlińskiego Parku Krajobrazowego i w europejskiej sieci ekologicznej Natura 2000. Najcenniejsza cześć objęto ochroną rezerwatową.  To słynne "Sine Wiry" o których tak piszą monografii pod redakcją Krzysztofa Staszewskiego i Jacka Szarka "Obszary chronione województwa podkarpackiego": " Sine Wiry Pow. leski, gm. Cisna, Czarna, Solina Krajobrazowy, utw. 1988, pow. 450,49 ha.

Jest to jeden z najciekawszych rezerwatów w Karpatach pod względem różnorodności biologicznej i form krajobrazu. Ochroną objęto przełomowy odcinek rzeki Wetliny aż do jej ujścia do Solinki oraz zbocza wzniesień Połoma i Szczycisko ze starym naturalnym lasem bukowo-jodłowym. Od osady Polanki leżącej przy skrzyżowaniu z trasą Dołżyca – Terka wzdłuż rzeki i granicy rezerwatu biegnie leśna dróżka prowadząca aż do Kalnicy. W tej miejscowości trakt łączy się z wielką pętlą bieszczadzką. Wędrując od strony Polanek rezerwat widzimy po lewej stronie drogi. Chronione są tu tereny dawnej wsi Zawój oraz grunty po kilku innych nieistniejących już dzisiaj osadach. [...] Lasy pokrywają 87% powierzchni rezerwatu. Przeważa buczyna karpacka, ale spotkamy też fragmenty pięknych borów jodłowych. Występuje tu również jaworzyna karpacka, w której występuje języcznik zwyczajny – rzadka paproć o nie podzielonych liściach. Na łąkach możemy spotkać wiele roślin chronionych. Rośnie tu m.in. mieczyk dachówkowaty, goździk skupiony, tojad wschodniokarpacki oraz lulecznica kraińska. Tereny otwarte są miejscem bytowania wielu gatunków owadów – to prawdziwy raj dla motyli. Polują tu także ptaki drapieżne, które gniazda zakładają w pobliskich lasach – m.in. orły przednie i orliki krzykliwe. W rezerwacie może zobaczyć tropy, a czasami nawet spotkać niedźwiedzie, wilki i rysie. Występują tu także jelenie i żubry."

 

Fot. Jernej Prosienecky

 

Polecam nasze usługi przewodnickie - cena  od 250 zł netto, od 350 brutto  faktura VAT. Programy wycieczki przygotowuję indywidualnie dla każdej grupy dostosowując je do możliwości finansowych i zainteresowań grupy. Proszę o kontakt telefoniczny Lucyna Beata Pściuk przewodnik górski i turystyczny, pilot wycieczek 502 320 069 Bieszczady i okolice oferują dla grup zorganizowanych multum atrakcji, wśród nich są: wycieczki górskie, wycieczki po ścieżkach dydaktycznych, spacery po górskich dolinach, miejscach cennych przyrodniczo, wycieczki rowerowe, spływy kajakowe  i na pontonach, jazda konna pod okiem instruktora, bryczki, wozy traperskie, prelekcje, pokazy filmów przyrodniczych, diaporam,  warsztaty przyrodnicze, warsztaty kulturowe, warsztaty fotografii przyrodniczej, pokazy ptaków drapieżnych, wizyty w wielu ciekawych miejscach np. hangary na szybowisku w Bezmiechowej, bacówkach z serami Bacówka Nikosa 504 750 254, zwiedzanie muzeów,  galerii, cerkwi i dawnych cerkwi,  ruin, "zaliczanie" punktów widokowych, nawiedzanie sanktuariów, izby pamięci prymasa Wyszyńskiego, spacer po udostępnionych turystycznie rezerwatach, rejsy statkiem  po Jeziorze Solińskim, żaglowanie po Jeziorze Solińskim spotkania z naukowcami, ludźmi kultury, artystami itd. np. przy ognisku, zakup ziół i przypraw u Adama (Numer telefonu do Adama 723 652 669, towar można zamówić drogą pocztową.) itp. Koszt obiadu to w przypadku grup młodzieżowych jest od 15 zł do 25 zł. W tym roku mamy bardzo rozwiniętą ofertę edukacyjną na którą składają się warsztaty i prelekcje: kulturowe, przyrodnicze, związane ze starymi rzemiosłami, fotografii przyrodniczej itd. Cena od 800 zł/grupa warsztaty przyrodniczo-fotograficzne, od 12 zł/os warsztaty pieczenia chleba i proziaków, robienia masła i smażenie konfitur.

 

Fot. Ewa Dudzińska-Szybowska

 

My na facebooku

https://www.facebook.com/grupabieszczady

https://www.facebook.com/groups/305179576263122/

 

Fot. Robert Mosoń Rusałka admirał na mięcie

 

Polecam sąsiedni Łuh http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=125&Itemid=124

Ciśniańsko-Wetliński Park Krajobrazowy http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=91&Itemid=102

Oferta http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=3&Itemid=27

 

Fot. Robert Mosoń

 

 

 

 

 

.